Wypisy

Jako że czasami inni autorzy również mieli coś ciekawego do powiedzenia na temat futbolu, to będziemy się tutaj dzielić z Wami takimi szczególnie smakowitymi kąskami…

Leopold Tyrmand w powieści „Zły” przedstawia nam kryminalny półświatek stolicy lat pięćdziesiątych między innymi przy okazji biletowych przestępstw związanych z hitowym meczem piłkarskim Polska – Węgry. Akcja powieści rozgrywa się co prawda w 1954 roku, ale inspiracją dla autora mógł być mecz tych reprezentacji, który faktycznie odbył się w Warszawie w czerwcu 1950 roku (porażka Polski 2:5). Trzeba przy tym pamiętać, że reprezentacja Węgier była wówczas światową potęgą piłkarską. Co ciekawe, Tyrmand już wtedy dostrzegał związek pomiędzy piłką nożną a „moralną przemianą osobowości” jej obserwatorów…

Mecz miał się rozpocząć o wpół do szóstej, lecz gdyby wznieść się nad Warszawą i spojrzeć w dół, na kanały ulic i zbiorniki placów, już od samego rana można było z łatwością zauważyć nieustający ciąg szeregów ludzkich mrówek w jednym i tym samym kierunku. Zewsząd, ze wszech stron ciągnęły pasemka mrówczych karawan ku południowo–wschodniemu krańcowi lewobrzeżnej Warszawy, gdzie zielenił się owal stadionu. Wraz z postępem czasu, gdy wskazówki sunęły ku oznaczonej godzinie, wąziutkie pasemka i strugi grubiały, pęczniały, przeistaczały się w potoki ludzkie, a potem w rwące, stłoczone w kamienistej cembrowinie ulic rzeki. Wielkie imprezy sportowe rozpętują siły nieobliczalne i zagadnienie organizacji tych imprez stanowi jeden z centralnych problemów współczesnej cywilizacji i obyczajowości. Spokojny, flegmatyczny referent Przedsiębiorstwa Handlu Rzepakiem, chuderlawy i cierpiący w życiu codziennym na nerki, zmienia się w drodze na stadion w motoryczną cząstkę sfanatyzowanego tłumu portowych kibiców. Utrzymanie w ryzach takiego tłumu, który w zasadzie niczego złego nie czyni i nie wykracza przeciw prawu, jest zadaniem nie lada, zważywszy, że tłum ten, chociaż zupełnie wyzbyty niecnych intencji, zawiera w sobie olbrzymią, amoralną dynamikę, która w każdej chwili, błędnie z tego tłumu wyzwolona, może stać się dynamiką niszczącą. Z chwilą gdy niewielka, twarda, uszyta z brązowej skóry piłka staje się symbolem, godłem i totemem, w którym zawarty jest ładunek patriotyzmu, pragnienia sukcesu, żądzy wywyższenia się ponad innych, namiętnych tęsknot do zwycięstwa i nabrzmiałego krzykiem podziwu setek tysięcy gardeł — wtedy rozpętują się w duszach ludzkich siły nieprzewidziane, zaś masowość i potęga wyrazu tych sił na trybunach ogromnych stadionów budzi dreszcz przerażenia.

Leopold Tyrmand, Zły, Czytelnik 1966, ss. 698-699.

wyczytał i zamieścił: Adam Jurek

W dopiero co wydanym Dzienniku Jerzy Pilch analizuje dręczący zarówno polski futbol, jak i całe nasze społeczeństwo, problem „częściowości”:

Częściowość jest – jak powszechnie wiadomo – naszą (częściową?) zasadą. O ile wszakże guzik mnie obchodzą tezy, że jesteśmy częściowo wolni albo częściowo suwerenni, częściowo europejscy, częściowo nowocześni i częściowo postnowocześni; o ile głęboko mi wisi, czy jesteśmy częściowo europejscy, częściowo azjatyccy, częściowo antysemiccy, całościowo katoliccy i częściowo pogańscy, a może na odwrót; o ile kompletnie jest bez znaczenia, że częściowo jesteśmy demokratyczni, częściowo postkolonialni, częściowo słowiańscy, częściowo w awangardzie, częściowo w odwrocie, częściowo najlepiej się rozwijający i częściowo niedorozwinięci – o tyle fakt, że „częściowo” interesujemy się piłką nożną, jest znakiem, symbolem, a może przyczyną wszelkiej naszej częściowości i innych nieszczęść.

Weźmy Włochy, weźmy Hiszpanię, Portugalię, weźmy Brazylię, Argentynę, w ogóle całą Amerykę Południową – wybieram przykłady drużyn, które lubię, cenię i podziwiam – czy tam istnieją jacyś osobnicy, którzy się nie ciekawią piłką? A jak istnieją, to czy przyznają się do takiej ignorancji i takiej zawinionej ułomności? Skąd! W tych – skądinąd tak jak podobno Polska – całościowo katolickich, ale częściowo od Polski obfitszych w bogactwa kulturalne cywilizacjach każda wielodzietna rodzina i każdy singiel interesuje się futbolem. Każdy polityk i każdy kloszard, intelektualiści i złodzieje, księża i babki klozetowe, profesorowie i bezecnice, dzieci i starcy – wszyscy żyją piłką nożną. Kształtuje to i wyrabia patriotyzm, uczy czci dla masowo na czas ważnych meczów przywdziewanych barw narodowych, przypomina słowa i nuty ważnych dla wspólnoty pieśni, przy bliższym wejrzeniu ćwiczy w dzielności, twardości, przebiegłości i wreszcie – jak zauważył grający swego czasu na bramce Albert Camus – moralności. (…)

Dopóki częściowo piłką interesować się będziemy – będzie, jak jest. Analfabeci przy mikrofonach, lekcje patriotyzmu na cmentarzach, potrzeba bycia razem po katastrofach. (…)

Ma się rozumieć, mundial jest jednym wielkim interesem; ma się rozumieć, mecz jest metaforą bitwy, ale kto nie zna uczucia, jakie ogarnia jestestwo ludzkie, gdy piłka siądzie na podbiciu i po chwili zatrzepocze w siatce obok rozpaczliwie interweniującego bramkarza, ten może i jest człowiekiem. Ale częściowym. Ani świata, ani drugiego człowieka w pełni nie zrozumie nigdy.

Jerzy Pilch, Dziennik, Warszawa 2012, ss. 119-121.

wyczytał i zamieścił: Adam Jurek

Zanim na dobre zatracimy się w mrzonkach o futbolowym podboju Europy, a następnie w depresji spowodowanej zbyt prędkim powrotem do rzeczywistości, ukraiński pisarz Serhij Żadan przypomni nam, gdzie biją prawdziwe źródła futbolowej manii. Oto fragment eseju Czarne złoto nadziei opublikowany w wydanej przez Czarne z okazji Euro antologii Dryblując przez granicę:

„Kibicowanie w piłce nożnej to sprawa bezpośrednio związana ze szczęściem i przypadkiem. Od ciebie, ogólnie rzecz biorąc, niewiele tu zależy. Jeśli jesteś uczciwy — powinieneś kibicować swoim. I dobrze, jeśli urodziłeś się i dorastałeś w jakiejś Barcelonie. Bo w przeciwnym wypadku przyjdzie ci przez całe swoje kibicowskie życie nie tyle szczycić się osiągnięciami ulubionej drużyny, ile opłakiwać jej marną karmę. Futbolowi bogowie znani są ze swych żartów, więc bardzo często obdarzają nasze miasta nie najlepszymi klubami, którym tak czy inaczej musimy kibicować. Jest oczywiście kategoria kibiców, którzy od początku wybierają sobie za obiekt sympatii jakichś brytyjskich czy włoskich arystokratów i kibicują im z całą swoją nieporadnością i małodusznością. Jednak nawet tego rodzaju konformizm nie jest zdolny pozbawić cię poczucia przynależności do kolorów klubowych twojego miasta i — chcesz czy nie chcesz — genius loci ciąży nad każdym z nas, niezależnie do tego, których stadionów światła błyszczą na telewizyjnych ekranach. Nie można być prawdziwym kibicem i nie popierać drużyny z własnego miasta. Bez tego wszystko ostatecznie traci dramatyzm i heroizm, tak potrzebny w profesjonalnym sporcie. Nawet jeśli za ten heroizm wypłacane są okrągłe sumy. Tym bardziej że wspomniani futbolowi bogowie zdolni są do wielkodusznych uczynków, czasami działają nieprzewidywalnie i lekkomyślnie, całkowicie zmieniając los klubów sportowych, udzielając błogosławieństwa miastom, kierując niewidoczne finansowe strumienie w kierunku twych ulubieńców oraz wyprowadzając ich w ten sposób z mroku w światło jupiterów i  na szczyty tabeli rozgrywek”.

Serhij Żadan, Dryblując przez granicę. Polsko-ukraińskie Euro 2012, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s.202-203.

wyczytał i zamieścił: Grzegorz Krzymianowski

Albert Camus w Dżumie traktuje futbol niczym papierek lakmusowy kondycji społeczeństwa. Wstrzymanie rozgrywek piłkarskich i zamknięcie stadionów to – jak uczy historia –  typowa oznaka bardzo złych czasów…

„Było niedzielne popołudnie, kiedy Tarrou i Rambert wybrali się na stadion. Towarzyszył im Gonzales, gracz w piłkę nożną, którego Rambert odnalazł i który zgodził się objąć nadzór stadionu luzując urzędników. Rambert miał go przedstawić administratorowi obozu. Gdy się spotkali, Gonzales powiedział, że jest to właśnie godzina, kiedy przed dżumą ubierał się na mecz. Teraz, gdy stadiony zostały zarekwirowane, nie było to już możliwe i Gonzales czuł się i wyglądał jak człowiek, który nie ma nic do roboty. Był to jeden z powodów, dla których zgodził się na ten nadzór, pod warunkiem, że pracować będzie tylko przy końcu każdego tygodnia. Niebo było na wpół pokryte chmurami i Gonzales, zadarłszy nos, zauważył z żalem, że ta pogoda, ani deszczowa, ani upalna, Jest najbardziej odpowiednia dla dobrego meczu. Przywoływał, jak umiał, wspomnienia: zapach oliwy do masażu w szatniach, trybuny huczące od oklasków, koszulki w żywych kolorach na płowym boisku, w przerwach cytryny lub lemoniada, która kłuje wyschnięte gardło tysiącem odświeżających igiełek. Tarrou notuje zresztą, że przez całą drogę wyboistymi ulicami przedmieścia gracz nie przestawał kopać kamyków. Próbował wycelować prosto w otwór ścieku, a kiedy mu się to udało, mówił: „jeden-zero”. Gdy skończył papierosa, wypluwał niedopałek przed siebie i usiłował w locie podbić go nogą. Niedaleko od stadionu bawiące się dzieci rzuciły piłkę w ich stronę i Gonzales zadał sobie trud, by zwrócić im ją z precyzją.

Wreszcie weszli na stadion. Na trybunach pełno było ludzi. Ale teren stadionu pokrywały setki czerwonych namiotów, wewnątrz których widać było z daleka pościel i tłumoki. Trybuny zachowano, żeby internowani mogli się na nich schronić podczas deszczu i upału. Do namiotów wracali po zachodzie słońca. Pod trybunami znajdowały się jak dawniej prysznice i szatnie graczy, które zamieniono na biura i izby chorych. Większość internowanych była na trybunach. Inni wałęsali się po liniach bocznych boiska. Kilku siedziało w kucki przy wejściu do namiotów i wodziło wokół niepewnym spojrzeniem. Wśród tych, co siedzieli na trybunach, wielu było przygnębionych; zdawali się czekać.”

Albert Camus, Dżuma, przeł. Joanna Guze, w: tegoż, Cztery powieści, Świat Książki, Warszawa 2000, str. 273-274.

wyczytał i zamieścił: Adam Jurek

W swojej ostatniej (nieukończonej) i w dużej mierze autobiograficznej powieści pt. „Pierwszy człowiek” Albert Camus przedstawił nam pewne futbolowe przygody ze swojej młodości. Przyszły noblista, który aż do końca swych dni był ogromnym entuzjastą i kibicem futbolu, zapowiadał się również na bardzo dobrego piłkarza. Niestety, okoliczności zupełnie mu w tym nie sprzyjały i moustique – jak nazywali go koledzy z drużyny – swoją futbolową przygodę musiał zakończyć bardzo szybko, bo jeszcze w wieku juniorskim (grał jako bramkarz dla algierskiego klubu R.U.A.). Powodem była gruźlica na którą zachorował. Ale i we wcześniejszych latach młody Camus miał pod górkę w rozwijaniu swojego talentu, choć – musimy to przyznać – przez długi czas uparty był w tym syzyfowo. Opiekująca się jego rodziną apodyktyczna babka po prostu zabraniała mu gry, nie raz stosując bolesne kary fizyczne wobec niepokornego, młodego piłkarza. Oto dlaczego…

„(…) piłka nożna była jego królestwem. Ale królestwem zakazanym. Podwórze było bowiem wylane cementem i podeszwy zużywały się tak szybko, że babka zabroniła mu grać w piłkę na przerwach. Sama kupowała dla wnuków mocne solidne buty, spodziewając się po nich nieśmiertelności. W każdym razie, dla przedłużenia ich żywota, kazała wbijać od spodu wielkie stożkowate gwoździe, które miały podwójną zaletę: zużywały się wcześniej niż podeszwa i można było po nich poznać, czy zakaz grania w piłkę nie został naruszony. Bo też biegi po cementowej powierzchni ścierały je szybko, przydając im gładkości, której świeżość zdradzała winowajcę. Co wieczór, po powrocie do domu, Jacques szedł do kuchni, gdzie nad czarnymi garnkami królowała Kasandra: ze zgiętą nogą, w pozycji podkuwanego konia, musiał prezentować swoje podeszwy. Oczywiście nie mógł oprzeć się namowom kolegów i urokom ulubionej gry; toteż cały jego wysiłek nie polegał na ćwiczeniu się w nieosiągalnej cnocie, ale na ukryciu popełnionego przestępstwa: po wyjściu ze szkoły, a potem z liceum, spędzał długie chwile na tarciu butami o wilgotną ziemię. Podstęp udawał się niekiedy. Ale przychodziła chwila, gdy zużycie gwoździ rzucało się w oczy, niekiedy uszkodzona była sama podeszwa, wreszcie, co było katastrofą ostateczną, od fatalnego uderzenia w grunt czy w siatkę osłaniającą drzewa podeszwa odrywała się od wierzchniej części buta, którą Jacques ściskał sznurkiem, żeby zamknąć jego rozwarty pysk. W takie wieczory dyscyplina była w robocie. Jacques płakał, a matka mówiła mu na całe pocieszenie: `Przecież to kosztuje, dlaczego nie uważasz?`. Sama nigdy nie uderzyła swoich dzieci. Nazajutrz Jacques wkładał espadryle, buty odnoszono do szewca, skąd wracały po kilku dniach zdobne w nowe gwoździe, i trzeba było na nowo uczyć się równowagi na śliskich podeszwach”

Albert Camus, Pierwszy człowiek, w: tegoż, Cztery powieści, tłum. Joanna Guze, Świat Książki, Warszawa 2000, str. 473-474.

wyczytał i zamieścił: Adam Jurek

Vladimir Nabokov w Autobiografii raz jeszcze podzielił się z nami swoimi wspomnieniami z przygód piłkarskich w Cambridge. Sztukę bramkarską, której był adeptem, podniósł tu niemal do rangi metafizycznej. Ale czy bramkarz oparty w czasie gry o słupek, na dodatek piszący wówczas w głowie wiersze, miał szansę na jakąkolwiek karierę? No cóż, nic dziwnego, że koledzy z drużyny za nim nie przepadali. Mimo to zaczyna od tego że…

„Miałem bzika na punkcie stania na bramce. W Rosji i w krajach łacińskich tę rycerską sztukę zawsze otaczał nimb szczególnej chwały. Za powściągliwym, samotnym, niewzruszonym mistrzem bramki biegną ulicami zauroczeni chłopcy. Jako obiekt rozemocjonowanej adoracji może on rywalizować z matadorem i asem pilotażu. Jego sweter, czapka z daszkiem, nakolanniki, rękawice sterczące z bocznej kieszeni szortów odróżniają go od reszty drużyny. Jest samotnym orłem, człowiekiem zagadką, ostatnią deską ratunku. Fotoreporterzy, przyklękając z nabożną czcią, pstrykają go w locie, kiedy daje spektakularnego nurka w świetle bramki, żeby zmienić końcami palców tor niskiego, błyskawicznego strzału, po czym stadion ryczy z zachwytu, gdy bramkarz leży jak długi tam, gdzie padł, a bramka wciąż pozostaje nietknięta.

Ale w Anglii, przynajmniej w Anglii mojej młodości, ogólnonarodowy lęk przed popisywaniem się i zbyt natrętnym przywiązaniem do rzetelnej pracy zespołowej nie sprzyjały rozwojowi ekscentrycznej sztuki bramkarstwa. W każdym razie doszedłem do takiego wniosku, nie zyskawszy większego poklasku na boiskach Cambridge. Och, zdarzały się oczywiście jasne, jakże ożywcze dni – miły zapach murawy, słynny międzyuczelniany napastnik drybluje coraz bliżej z nową płową piłką przy roztańczonym bucie, pada kąśliwy strzał, fortunna obrona, po niej długie mrowienie… Ale były też inne, bardziej pamiętne, bardziej ezoteryczne dni pod smętnym niebem, gdy pole bramki zmieniało się w breję czarnego błota, piłka była tłusta jak pudding śliwkowy, a moja głowa udręczona nerwobólem po nieprzespanej nocy spędzonej na pisaniu wierszy. Wypuszczałem piłkę z rąk, po czym wyciągałem ją z siatki. Na szczęście gra przenosiła się w drugi koniec grząskiego boiska. Zaczynała siąpić słaba, znużona mżawka, która przez chwilę wahała się, po czym znów siąpiła dalej. Gawrony w opłakanym stanie, kracząc cicho, niemal z tkliwością gruchania, trzepotały nad bezlistnym wiązem. Zebrały się mgły. Teraz mecz sprowadzał się do majaczącego podrygiwania głów pod odległą bramką St. John`s albo Christ czy innego kolegium, z którym właśnie graliśmy. Dalekie, niewyraźne dźwięki, krzyk, gwizdek, głuchy odgłos kopnięcia, wszystko to było zgoła nieistotne, w żaden sposób mnie nie dotyczyło. Czułem się w mniejszym stopniu stróżem bramki piłkarskiej niż stróżem tajemnicy. Oparłszy się z założonymi rękami o lewy słupek, pozwoliłem sobie na luksus zamknięcia oczu i wsłuchany w stukot własnego serca, czując niewidoczną mżawkę na twarzy, słysząc w oddali urywane odgłosy meczu, uważałem się za bajkowego, egzotycznego stwora w przebraniu angielskiego piłkarza, który tworzy wiersz w niezrozumiałym przez nikogo języku o nieznanym nikomu, dalekim kraju. Nic dziwnego, że nie cieszyłem się zbytnią popularnością wśród kolegów z drużyny…”

Vladimir Nabokov, Pamięci przemów. Autobiografia raz jeszcze, przeł. Anna Kołyszko, Wydawnictwo Muza,Warszawa 2004, str. 240-241.

wyczytał i zamieścił: Adam Jurek

Kapuściński opisuje bardzo ciekawe fakty, wiele mówiące na temat politycznej roli futbolu w Ameryce Łacińskiej:

W Ameryce Łacińskiej granica między futbolem a polityką jest niezmiernie wąska. Długa jest lista rządów, które upadły lub zostały obalone przez wojsko, ponieważ drużyna narodowa poniosła porażkę. Zawodnicy drużyny, która przegrała, są nazywani później w prasie zdrajcami ojczyzny. Kiedy Brazylia zdobyła w Meksyku mistrzostwo świata, mój kolega — Brazylijczyk, emigrant polityczny, był zrozpaczony: „Prawica wojskowa — powiedział — ma zapewnione co najmniej pięć lat spokojnych rządów”. W drodze do tytułu mistrzowskiego Brazylia pokonała Anglię. Wychodzący w Rio de Janeiro dziennik „Jornal dos Sportes” w artykule pt. Jezus broni Brazylii tak wyjaśnia przyczynę wygranej: „Ilekroć piłka leciała w stronę naszej bramki i gol wydawał się nieuchronny, Jezus spuszczał nogę z obłoków i wykopywał piłkę na aut”. Do artykułu dołączono rysunki ilustrujące to nadprzyrodzone zjawisko.

Kto idzie na stadion, może stracić życie. Oto mecz, w którym Meksyk przegrywa z Peru 1 : 2. Rozgoryczony kibic meksykański woła ironicznym tonem: Viva Mexico! W kilka chwil później ginie zmasakrowany przez tłum. Ale czasem rozbudzone emocje znajdują ujście w innej formie. Po meczu, w którym Meksyk pokonał Belgię 1 : 0, pijany ze szczęścia Augusto Mariaga — naczelnik więzienia dla skazanych na dożywocie w Chilpancingo (Meksyk, stan Guerrero), biega z pistoletem w ręku, strzela w powietrze i z okrzykiem: Viva Mexico! otwiera wszystkie cele wypuszczając na wolność 142 groźnych, ciężkich przestępców. Sąd uniewinnia Mariagę, „ponieważ — czytamy w uzasadnieniu wyroku — działał w uniesieniu patriotycznym”.

Ryszard Kapuściński, Wojna futbolowa, Czytelnik, Warszawa 2003, s. 169.

wyczytał i zamieścił: Adam Jurek

Przypominamy fragment znanej analizy autorstwa Ericha Fromma, która dotyczy ludzkiej potrzeby uczestniczenia w rytuałach stadnych. Zdaniem autora jest to element tzw. ucieczki od wolności, charakterystycznej dla postawy współczesnego człowieka. Niewątpliwie sport, a w szczególności piłka nożna, to w XXI wieku jeden z podstawowych takich rytuałów. Na ewentualność taką Fromm wskazywał już w latach czterdziestych XX stulecia…

„Spełniając oczekiwania innych, nie wyróżniając się, człowiek tłumi wątpliwości co do swej tożsamości i osiąga pewien stopień bezpieczeństwa. Ale drogo to okupuje. Rezygnacja ze spontaniczności i indywidualności prowadzi do zablokowania życia. Choć żywy biologicznie, człowiek staje się emocjonalnie i umysłowo martwym automatem. Wykonuje czynności życiowe – ale życie przesypuje mu się przez palce niczym piasek. (…) Człowiek nowoczesny jest żądny życia. Nie mogąc jednak jako automat doświadczać życia rozumianego jako spontaniczna aktywność, chwyta się zastępczo każdego rodzaju podniety i dreszczyku; emocji picia, sportów, przeżywania zastępczo wzruszeń fikcyjnych postaci na ekranie”

Erich Fromm, Ucieczka od wolności, przeł. Olga i Andrzej Ziemilscy, Warszawa 1993, s. 123.

wyczytał i zamieścił: Adam Jurek

Umberto Eco o tym jak podobne oraz jak złudne są rytuały religijne i futbolowe…

„Słuchając o tych kultach, przekonałem się, że tutaj nawet wir ideologiczny kręci się w inną stronę. Szkicowali mi panoramę wahadłowych migracji wewnętrznych; nędzarze z północy wędrowali w stronę uprzemysłowionego południa, stawali się lumpenproletariatem ogromnych metropolii duszących się w chmurach smogu, wracali więc na północ; ale w toku tych oscylacji wielu osiedlało się w dużych miastach, gdzie wchłaniała ich cała plejada autochtonicznych Kościołów i oddawali się praktykom spirytystycznym, wywoływaniu afrykańskich bóstw. (…) Amparo nie miała wątpliwości co do tego, że religia jest wszędzie opium dla ludu, a tym bardziej są takim opium pseudoplemienne kulty. Później, kiedy obejmowałem ją w „escolas de samba'” i wiłem się wraz z innymi tancerzami, którzy kreślili zagmatwane wzory przy niemożliwym do wytrzymania łoskocie bębnów, zdałem sobie sprawę, że przylegała do tego świata mięśniami brzucha, sercem, głową, nozdrzami… A potem wychodziliśmy i ona pierwsza z sarkazmem i odrazą analizowała głęboką, orgiastyczną religijność tego gibkiego poddawania się tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu rytuałowi karnawału. Jest to taka sama plemienna i szamańska obyczajowość – mówiła z rewolucyjną nienawiścią – jak w piłce nożnej, gdyż wyzyskiwani trwonią siły potrzebne do walki, zatracają potrzebę buntu, by praktykować czary, rzucać uroki i wypraszać u bogów wszelkich możliwych światów śmierć dla obrońcy przeciwników, zapominając o władzy, która życzliwym okiem spogląda na ich podniecenie i entuzjazm, i skazując się dobrowolnie na życie w świecie ułudy”

Umberto Eco, Wahadło Foucaulta, przeł. Adam Szymanowski, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2005.

wyczytał i zamieścił: Adam Jurek

James Joyce (vel Stefan Dedalus) autobiograficznie o swoich kontaktach z futbolem. Zapewne z pewnych wymienionych poniżej względów ów młody artysta wybrał w końcu literaturę, a nie futbol. Nic też dziwnego, że realny alter ego Stefana koniec końców – jak wiemy – zmarł pijany, ślepy i bez grosza… 

Rozległe boiska roiły się od chłopców. Wszyscy chłopcy krzyczeli, a prefekci zagrzewali ich ostrymi okrzykami. Wieczór był blady i chłodnawy, a po każdym wypadzie i wykopie piłkarzy lepka skórzana kula przelatywała jak ociężały ptak przez szary zmrok. Stefan trzymał się na skraju swej klasy, poza zasięgiem oczu prefekta, poza zasięgiem brutalnych nóg, i od czasu do czasu udawał, że biega. Własne ciało wydawało mu się drobne i mdłe w tej ciżbie graczy, a oczy miał krótkowzroczne i łzawe…”

James Joyce, Portret artysty z czasów młodości, tłum. Zygmunt Allan, Państwowy Instytut Wydawniczy 1977.

wyczytał i zamieścił: Adam Jurek

Ciąg dalszy nastąpi…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s