RECENZJE

ferg

Patrick Barclay, Sir Alex Ferguson. Futbol cholera jasna!, Sine Qua Non 2012.

Wściekły

My, ludzie piłki, ukształtowani przez atmosferę i wartości lat 80. oraz 90., w obecnych czasach czujemy się coraz bardziej nieswojo. Co jakiś czas jesteśmy zaskakiwani upadkiem kolejnego przyczółka piłkarskiego świata, w którym się wychowaliśmy.

Prawo Bosmana, obowiązkowe miejsca siedzące na stadionach, katolicy w barwach Glasgow Rangers, reklama na koszulce Barcelony. To tylko niewielka część świętości, które poległy. Dzielnie trzyma się jeszcze Athletic Bilbao, w którego barwach – zgodnie z tradycją – grają wyłącznie Baskowie. No i oczywiście trzyma się Alex Ferguson…

To już 27 lat panowania „Wściekłego” w Manchesterze United, co jest wynikiem we współczesnym futbolu właściwie niespotykanym, szczególnie na tak wysokim poziomie sportowej i finansowej rywalizacji. Nie jest tajemnicą, że we własnym gronie zawodnicy Manchesteru od lat mówią o Szkocie właśnie per „Furious”, choć w jego obecności oczywiście nigdy nie odważą się nazwać go inaczej niż „Boss”. Od 1999 roku, kiedy to zdobył Puchar i Mistrzostwo Anglii oraz Puchar Mistrzów, znany jest również jako „Sir Alex”, wtedy to bowiem otrzymał od królowej tytuł szlachecki. Tak właśnie ojczyzna futbolu honoruje swych najlepszych synów.

Wspomniane przydomki bardzo dobrze oddają różne twarze Fergusona. W towarzystwie Elżbiety II jawi się jako elegancki dżentelmen. Kiedy jego „Czerwone Diabły” wygrywają, jest po prostu ich szelmowsko uśmiechniętym bossem. Gdy jednak odważą się zagrać źle, to z kolei on staje się Diabłem. Przybiera postać furiata ciskającego butami lub tacami w najlepszych i najbogatszych graczy na świecie (np. Davida Beckhama czy Gordona Strachana), niejednokrotnie poważnie ich kalecząc. Dosłownie demoluje wtedy szatnię. Funduje też słynne „suszarki Fergusona” – wrzeszczy prosto w twarz z odległości kilku centymetrów od nosa nieszczęśnika. Oto jest cena, jaką musi zapłacić każdy piłkarz chcący występować w „Teatrze Marzeń Despoty”, czyli na stadionie United. I nie ma tu wyjątków. Dotyczy to zarówno zasłużonych legend klubu, takich jak Ryan Giggs, Paul Scholes, czy Beckham, jak i debiutujących młokosów. Przy czym w ostatnim czasie Ferguson i tak się uspokoił, kiedy był młodszy zdarzało mu się nawet wdawać w bójki z własnymi graczami.

Prawdopodobnie właśnie ten strach zawodników przed reakcją „Wściekłego” sprawił, że w 1999 roku obejrzeliśmy jeden z najlepszych finałów Pucharu Europy w historii. Podczas ostatnich dwóch minut spotkania gracze United odwrócili jego losy i pogrążyli Niemców z Monachium. A to przecież o tych drugich zawsze mówiło się, że grają do końca i nie odpuszczają. Każdy, kto oglądał ten finał nigdy nie zapomni jego dramaturgii. Właśnie takie mecze zbudowały legendę Fergusona, trenera, który nie wybaczy swojemu piłkarzowi braku maksymalnego zaangażowania. Nie wybaczy też nielojalności i to niezależnie od tego, czy ma rację, czy nie. To on jest bossem i albo idziesz razem z nim, albo jesteś przeciwko niemu. Podkreślają to niemal wszyscy, którzy się z nim zetknęli. Dość powiedzieć, że po przegranym meczu jego zawodników obowiązuje zakaz uśmiechania się, a ten, kto go złamie, płaci karę finansową. Kiedy boss jest smutny, wtedy wszyscy muszą być smutni razem z nim.

Ferguson ma już 71 lat. Kilka lat temu jeden jedyny raz zastanawiał się, czy nie powinien już zakończyć swej trenerskiej kariery. Przestraszył się jednak, że jeśli przejdzie na emeryturę to zaraz umrze, podobnie jak to miało miejsce w przypadku jego ojca. Człowiek odcięty od swojej największej pasji traci po prostu chęć do życia. W tym kontekście można go określić jako papieża Manchesteru, czy nawet papieża futbolu. Tym bardziej, że już za życia doczekał się swoich pomników. Od 2011 roku jego imię nosi jedna z trybun na Old Trafford, a od 2012 przed stadionem faktycznie stoi pomnik. Jedno jest pewne, wraz z kresem Fergusona w futbolu skończy się pewna epoka. Skończy się epoka menedżerów.

 O tych i wielu innych kwestiach przeczytacie w wydanej niedawno biografii Fergusona pióra Patricka Barclaya, brytyjskiego dziennikarza, który „Wściekłego” zna osobiście już od ćwierćwiecza. Niestety, póki co zalecam jednak zapoznać się raczej z angielskim oryginałem. Książka jest bardzo źle przetłumaczona. Ilość fatalnych kalek językowych z angielszczyzny jest po prostu rażąca. Dowiadujemy się na przykład, że „była cała grupa, która przyjechała z Glasgow i niektórzy byli szemrani” (s. 41), czy też, że Ferguson „podszedł i prawie natychmiast weszli w związek” (s. 43). Tego typu fatalnych sformułowań jest w polskim przekładzie mnóstwo. Niestety, jest to kolejna tak źle przetłumaczona książka o futbolu, która pojawiła się w ostatnim czasie na naszym rynku.

Jurek

(pierwotnie powyższa recenzja ukazała się na portalu literackim  xiegarnia.pl)

Uwikłanie

Nieczysta gra. Tajne służby a piłka nożna, pod redakcją S. Ligarskiego i G. Majchrzaka, Videograf, Chorzów 2012.

Nie bez przyczyny uważamy polską piłkę za do cna zgangrenowaną, przeżartą układzikami i korupcją. Nie będzie przecież specjalnym nadużyciem stwierdzenie, że każdy (prawie każdy), kto kiedykolwiek — i na jakimkolwiek poziomie — miał do czynienia z rodzimym futbolem, miał też okazję zaobserwować, że patologia toczy ten światek od samych podstaw (sam byłem świadkiem ustawiania meczu w amatorskiej lidze szóstek, za grę w której trzeba było zapłacić!). Choroba ma zapewne różnorodne źródła, piłka nożna jest wszak toczona patologiami na całym świecie. My, Polacy, na co dzień karmieni mniej lub bardziej wiarygodnymi teoriami spiskowymi, które — co gorsza — nie zawsze muszą okazywać się kompletnie wyssane z palca, jesteśmy zapewne szczególnie podatni na tłumaczenie świata jako gry mrocznych sił.

Tę cechę naszego narodowego charakteru postarało się zdyskontować wydawnictwo Videograf, wypuszczając na rynek książkę o doskonałym pod względem marketingowym tytule — Nieczysta gra. Tajne służby a piłka nożna. Działalność tajnych służb, zarówno peerelowskich, jak i współczesnych, budzi w Polsce gigantyczne emocje, tym bardziej więc dziwne jest to, że dotychczas temat ów nie doczekał się solidnego opracowania w żadnej publikacji poświęconej sportowi.

Wydaje się, że powstawaniu Nieczystej gry towarzyszyło właśnie założenie, że lukę tę należałoby czym prędzej wypełnić. Bywają jednak książki, które więcej obiecują, niż faktycznie oferują — i tak jest niestety i w omawianym przypadku. Jeśli ktoś ostrzyłby sobie zęby na jakieś sensacje, odkrywanie mrocznych kart historii polskiej piłki to spotka go rozczarowanie. Nieczysta gra to bowiem w sumie zbiór dość przypadkowych tekstów, których autorzy muszą niekiedy mocno się gimnastykować, by jakoś nawiązać do tytułu książki. Obok artykułu Tomasza Szymborskiego o Janie Ciszewskim, niezbyt może nowatorskiego, ale chociaż odnoszącym się do współpracy komentatorskiej legendy z bezpieką, mamy bowiem i historię afery na Okęciu (autorstwa Pawła Szulca), która doprawdy niewiele ma wspólnego z tytułem książki. Zostają tu wprawdzie poruszone interesujące zagadnienia — działania operacyjne służb, mające miejsce w związku z meczami Górnika w z Manchesterem United w 1968 r., przygotowania do „obsługi” mistrzostw świata w Hiszpanii oraz Meksyku czy kwestia politycznego zaangażowania kibiców Lechii Gdańsk na przełomie lat 70. i 80., ale trudno nie odnieś wrażenia, że tematy te zostały opracowane stosunkowo pobieżnie. Również pod względem językowym książka nie powala na kolana, w najlepszym razie mamy do czynienia z sumiennym referowaniem dokumentów i informacji, z których część jest dobrze znana. Zasadniczo więc publikacja wydawnictwa Videograf nie spełnia oczekiwań, jakie budzi — szkoda wielka, bo kulisy i zakres ingerencji tajnych służb w peerelowski futbol to arcyciekawy i czekający na sumienniejsze opracowanie temat.

Krzymianowski

Anatomia szaleństwa

Nick Hornby, Futbolowa gorączka, Zysk i S-ka, Warszawa 2012.

Im bardziej się starzeję, tyrania piłki nożnej w moim życiu i tym samym w życiu osób z mojego otoczenia, staje się coraz mniej sensowna i atrakcyjna.

Powiada Eklezjasta: „Tego, co wykrzywione, nie da się wyprostować”. Wprawdzie nie ma dowodów, że autor Księgi Koheleta,  ów prorok marności świata tego, miał okazję kibicować jakiejś konkretnej drużynie, ale zważywszy na ton, w jaki zwykł uderzać, w duchu musiał być już gotowy na zostanie fanem piłki nożnej. W gruncie rzeczy bowiem większość pasjonatów futbolu stanowią ludzie ze skłonnościami do samoudręki, gotowi znosić katusze w cichej nadziei, że zostaną im one kiedyś zrekompensowane chwilą niebiańskiej euforii. Dlatego jest wielce prawdopodobne, że Eklezjasta w wersji współczesnej nie porywałby się już na kontakt z Jahwe, lecz ograniczył swą działalność do hymnów ku czci pomniejszych bożków — tak jak to zrobił Nick Hornby w Futbolowej gorączce. W końcu, czy biblijny prorok  mógłby wyprzeć się zdania, którym narrator powieści kwituje wspomnienie pierwszego widzianego na żywo meczu: „Największe wrażenie zrobiło na mnie to, jak bardzo większość mężczyzn wokół mnie nienawidziła, po prostu nienawidziła, tej rozrywki. […] Rozrywka jako ból […] wyglądało na to, że właśnie czegoś takiego mi brakowało”.

Jedną z głównych funkcji literatury, być może najistotniejszą, jest tłumaczenie nam nas samych; w swych najlepszych momentach  staje się ona drogą na skróty ku ciemnemu kłębowi, którym dla samych siebie zwykle jesteśmy. Dlatego dzieło Hornby’ego jest lekturą obowiązkową dla człowieka, który miał nieszczęście wyhodować w sobie piłkarską obsesję. Jest to książka pod wieloma względami wyjątkowa, prawdopodobnie najistotniejsze dzieło literackie, którego głównym tematem jest jedyna naprawdę godna uwagi dyscyplina sportowa. Nikt bowiem równie detalicznie nie opisał tej bezwzględnej, okrutnej, rzadko odwzajemnianej miłości, jakże blisko graniczącej z szaleństwem, jaką kibic wypełnia życie nie tylko swoje, ale i tych, którzy zdecydowali się, mniej lub bardziej świadomie, z nim związać. Hornby dowodzi, że piłka nożna jest nie tyle źródłem przyjemności, radości lub ekscytacji, co osobliwą neurozą, pożerającym życie natręctwem. Ale też wskazuje na fakt równie istotny — futbol to mikroświat, odrębna galaktyka, z którą nasza codzienność jedynie sąsiaduje, a obie rzeczywistości od czasu do czasu popadają w konflikt.

Piłka nożna to element innego wszechświata, równie poważnego i stresującego jak praca, z takimi samymi zmartwieniami, nadziejami i rozczarowaniami, choć także sporadycznymi radościami. Interesuje się piłka nożną z wielu powodów, ale nie dlatego, że jest ona rozrywkowa. […] to nie jest forma ucieczki ani rozrywki, tylko odmienna wizja świata.

Trzeba jednak dodać, że Futbolowa gorączka  to pozycja z gatunku „dla wtajemniczonych”. Podejrzewam nawet, że bez świadomości, co znaczy pamiętać strzelca bramki w jakimś poślednim meczu sprzed dekady, powieść ta może wydawać się przydługa i nudnawa. Ostatecznie, kogo obchodzą wyniki Arsenalu gdzieś z połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku? Albo nazwisko lewego obrońcy tej drużyny? Nie jest to też książka specjalnie zabawna, zwłaszcza dla kogoś, kto rozumie, że zamiast spędzać kolejne godziny na z natury rzeczy frustrującym wpatrywaniu się w zielony prostokąt murawy, należałoby wypełnić go jakimś pożytecznym lub choćby sensownym zajęciem: pracą, pielęgnowaniem przyjaźni, cementowaniem rodziny albo wychowywaniem potomstwa, co by uchronić je przed podobnym losem.

Hornby temat ma wyraźnie rozpoznany, a wiarygodność jego psychologicznych obserwacji jest niepodważalna. Zarówno kiedy opisuje stosunek świata zewnętrznego — ze szczególnym uwzględnieniem płci przeciwnej — do sympatyka piłki nożnej („Powiedz myślącej kobiecie o swoim zamiłowaniu do futbolu, a otrzymasz otrzeźwiający wykład damskiej koncepcji mężczyzny”), jak i wtedy, gdy analizuje przeciętne samopoczucie fana futbolu. „Naturalny stan kibica to gorzkie rozczarowanie, niezależnie od wyniku meczu” — pisze i każdy, kto kiedykolwiek pastwił się nad sobą, oglądając półtorej godziny nudnawego meczu, w którym jego ulubiona drużyna po nędznej grze wydusiła z przeciwnika jednobramkowe zwycięstwo, musi przyznać mu rację. Facet po prostu wie, o czym pisze: szaleństwo jest szaleństwem, nawet jeśli staramy się je przypudrować zwodniczym określeniem „pasja”.

Poza futbolem książka Hornby’ego ma jeszcze jednego, dość oczywistego, bohatera — mężczyznę. Mężczyznę upokorzonego, sprowadzonego do kilku stadnych odruchów, który bez nich staje się wydmuszką, istotą pozbawioną jakichkolwiek właściwości. Mężczyźni mają w końcu zdumiewającą skłonność do masochistycznych refleksji, a Hornby wpisuje się w tę coraz powszechniejszą modę.

Większość z nas określa jedynie różnorodność naszych zainteresowań. Niektórzy chłopcy mają więcej płyt niż pozostali, zaś inni więcej wiedzą o piłce nożnej, niektórzy interesują się samochodami albo rugby. Mamy pasje zamiast osobowości, na dodatek pasje przewidywalne i nieinteresujące, które nie odzwierciedlają nas ani nie kształtują tak, jak pasje mojej dziewczyny… i to jest właśnie jedna z najbardziej niewytłumaczalnych różnic między mężczyznami i kobietami. […] Mężczyźni musieli rozwinąć w sobie umiejętność gromadzenia faktów, płyt i programów piłkarskich, by kompensowały im brak wyróżniających ich cech. […] Co jednak więcej możemy zrobić, skoro jesteśmy aż tak słabi? Każdego dnia poświęcamy wiele godzin, każdego roku wiele miesięcy, a w ciągu całego życia wiele lat na coś, nad czym nie mamy żadnej kontroli.

Czy jakakolwiek kobiéta, zwłaszcza po lekturze Wysokich obcasów lub czegoś równie upstrzonego zdjęciami tryumfującej kobiecości, napisałaby o własnej płci to, co autor Futbolowej gorączki?

Mamy więc do czynienia z książką dla facetów, i to facetów specyficznego gatunku:  czytających cokolwiek poza ostatnimi stronami gazet (a to już rzadka anomalia) i zarazem układających sobie kalendarz tygodnia tak, by przypadkiem coś istotnego nie wypadło im w sobotnie popołudnie lub środowy wieczór. I pisana z wybitnie męskiego punktu widzenia:

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do pewnych momentów gry polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, jest także dobrze znane i powtarzalne (co parę godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. […] seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie piłki nożnej (nie ma remisów bezbramkowych, nie ma pułapek ofsajdowych i jest ciepło). W normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia tytułu mistrzowskiego w ostatnim momencie, raz w życiu. […] Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

I to właściwie jedyny powód, dla którego moje współczucie wobec osób nierozumiejących geniuszu futbolu jest prawdopodobnie porównywalne do współczucia, jakie budzi w tych ostatnich moja chorobliwa przypadłość.

„Muszę wyznać mrożącą krew w żyłach prawdę — byłem gotów pogodzić się z rządami konserwatystów, jeśli mogło to zagwarantować zdobycie pucharu przez Arsenal”— napisał Hornby.Cóż, ja także zgodziłbym się z ochotą na długotrwałą wizję rządów tych, których tak nie lubi Gazeta Wyborcza i postępowaczęść ludzkości, gdyby tylko mogło to w jakikolwiek sposób wpłynąć na sprawność polskich piłkarzy, zwłaszcza za miesiąc. Zdaje sobie sprawę, że to nie najlepiej świadczy o mojej trosce o losy państwa. Na szczęście — prawdopodobnie — dla tego kraju, trudno o bardziej dziką fantazję…

Tak czy inaczej, jako że czerwiec dopiero przed nami, warto skrócić sobie oczekiwanie na ten miesiąc okrutnej dawki futbolu powieścią napisaną ręką nie byle jakiego fachowca od kibicowskiej duszy.

Krzymianowski

Polska — Ukraina. Mecz, którego nie było

Dryblując przez granicę. Polsko-ukraińskie Euro 2012. Polsko-ukraińska antologia esejów pod redakcją Moniki Sznajderman i Serhija Żadana. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2012.

Na organizowanych w Polsce i Ukrainie Mistrzostwach Europy (co by o samym futbolu nie sądzić, wydarzeniu dla Polski wyjątkowym, przy którym nasza unijna prezydencja to doprawdy błaha sprawa, bo z całą pewnością doczekamy się jej szybciej niż kolejnej takiej imprezy) starają się zbić kapitał wszyscy, od polityków po organizacje w rodzaju Femen. Nic więc dziwnego, że z okazji postanowiło skorzystać też wydawnictwo Czarne, które zafundowało nam książeczkę o tytule, który nie pozostawia wątpliwości co do jej zawartości: Dryblując przez granicę. Polsko-ukraińskie Euro 2012.

Prawdę mówiąc, odnosiłem się do tej lektury z rezerwą. Kiedy bowiem intelektualiści zaczynają rozprawiać o futbolu, zwykle mówią po prostu od rzeczy. Przykładem niech będą choćby wystąpienia kilku pań z tytułami naukowymi, znanych nade wszystko z perfekcyjnej umiejętności koncentrowania na sobie uwagi i wypowiadania się na dowolny temat, które zbliżające się Mistrzostwa Europy wykorzystały jako sposobność do przypomnienia się szerszej publiczności. Magdalena Środa i jej akolitki, bo o nich tu mowa, traktują piłkę nożną jako substytut męskiej potrzeby rywalizacji i symbol samczej dominacji nad światem i obawiam się, że akurat pod względem stosunku do sportu znalazłyby wspólny język z mnóstwem osób, z którymi zwykle obstrzeliwują się zza ideologicznych barykad. Współczesny polski inteligent ma bowiem głęboko zakorzenione przekonanie, że sport ogólnie, a piłka nożna w szczególności to rozrywka gminu, tłuszczy, motłochu czy jak by tam jeszcze nazwać tę ciemną masę zdzierającą gardła na stadionach. Nie jest to oczywiście postawa, której nie dałoby się zrozumieć. Polski inteligent — czy to, co z niego zostało — stłamszony przez popkulturę i upokarzany na każdym kroku ekonomicznie, o ile nie funkcjonuje w jakiejś twierdzy wzniesionej przez sobie podobnych, ma bez liku okazji, by odczuć pogardę otoczenia; analogiczny stosunek do masy jest więc reakcją obronną, zupełnie dobrze uzasadnioną psychologicznie.

Szczęśliwie zbiór tekstów wydanych przez Czarne został pomyślany nie jako inteligencka rozprawa z sensem czy bezsensem sprzeniewierzania publicznych funduszy na rozrywkę dla zgrai oszalałych samców, ale spojrzenie z boku na główne areny Mistrzostw Europy. Choćby dlatego — mimo pewnych rzucających się w oczy usterek — Dryblując przez granicę broni się samo, zwłaszcza że Czarne pozostało wierne swojej głównej linii programowej i skompilowało zbiór tekstów reportażowych. Bo w gruncie rzeczy to nie futbol jest pierwszoplanowym bohaterem tej pozycji; najważniejsze są tu miasta, w których stanęły wzniesione specjalnie na Euro stadiony, te współczesne katedry dla szukających substytutu religijnych przeżyć mas. Większość pisarzy potraktowała opisywane przez siebie miejsca jak labirynty — historyczne,  geograficzne, a nade wszystko futbolowe — po których prowadzą czytelnika. A ponieważ wydawnictwo do współpracy zaprosiło takich specjalistów od robienia w języku, jak Jurij Andruchowycz, Marek Bieńczyk, Paweł Huelle czy Serhij Żadan, to w ramach indywidualnych przygotowań do polsko-ukraińskiego Euro warto sięgnąć po tę pozycję.

Rzecz jasna, z tekstami pisanymi do okolicznościowych antologii jest pewien problem — jedne są lepsze, a drugie gorsze, powstanie tych pierwszych da się uzasadnić czynnikami pozaekonomicznymi, tych drugich zaś raczej nie. Dryblując… się od tej zasady, niestety, nie uchyliło. Szkoda, że wydawca zdecydował się na wybór autorów — zwłaszcza polskich — wedle klucza geograficznego, tak by o każdym mieście-gospodarzu pisał ktoś z nim związany. Co prawda Marek Bieńczyk to uznany koneser wina i futbolu, ale już zaangażowanie w ten projekt Nataszy Goerke wydaje się kompletnym nieporozumieniem — tekst, który wyszedł spod pióra znanej pisarki, Piłka nożna a sprawa polska (nawiązujący zresztą przewrotnie i autoironicznie do Przedwiośnia Żeromskiego i słynnej rozprawy Słoń a sprawa polska), naprawdę udowadnia, że zasada parytetu nie zawsze uzasadnia się sama przez się. Sama autorka 47 na odlew nie ukrywa, że o futbolu nie ma bladego pojęcia, więc jej wysiłki idą w stronę bardzo ogólnych konstatacji na temat natury Polaków, natury poznaniaków i niedoborów polskiej architektury. Co gorsza, podawane przez nią informacje trącą banałem rodem z Wikipedii, zwłaszcza wtedy, gdy autorka — najwidoczniej niesiona lekkim poczuciem winy — usiłuje nawiązywać do futbolu i przedstawia poznańskie kluby, Wartę (ze szczególnym uwzględnieniem pięknej i operatywnej prezeski) oraz Lecha. W porównaniu z polską autorką Natalka Śniadanko, reprezentantka kobiet ukraińskich, wypada więcej niż ciekawie. Mimo że również przyznaje się do futbolowej ignorancji, to funduje nam zabawny i sympatyczny wykład z prehistorii piłki, przedstawiając choćby przebieg pierwszego meczu rozegranego w Lwowie w 1894 roku.

W ogóle uderza różnica w podejściu do zadanego tematu autorów polskich i ukraińskich. O ile ci pierwsi jakby się trochę swojego zainteresowania piłką wstydzili i sam futbol starają się obejść bokiem, zajść z ukosa albo, jak zrobił to Bieńczyk, po postu oddają głos innym, tak by nikt nie mógł posądzić ich o zbyt poważne traktowanie sportu, to Ukraińcy, zwłaszcza Andruchowycz i Żadan, wyraźnie organizują swoje teksty wokół własnych piłkarskich fascynacji. Może dlatego sprawiają wrażenie lepiej zorientowanych w naturze futbolu — nie kryją się za opowieściami, są w nich, wraz ze swoją pasją i pamięcią. Zaskakuje też, z jakim zrozumieniem podchodzą do całej okołomeczowej otoczki futbolu, która w polskim intelektualiście budzi zwykle absolutną grozę: „Wojny kibiców są chyba najuczciwsze. W każdej z nich można doszukać się przyczyn i trudno prognozować skutki. Wojny te nie zakładają totalnej likwidacji przeciwnika, raczej dążą do jego sytuacyjnego poniżenia. Każda z nich jest wewnętrznie umotywowana i nieunikniona. Chociaż z boku, z sąsiednich trybun, czasami trudno zrozumieć przyczyny tych heroicznych zmagań oponentów. Trzeba być częścią tego systemu, by dostrzegać wszystkie podwodne prądy” (Serhij Żadan).

Dlatego ukraińska część Dryblując przez granicę będzie dla zainteresowanych tematem dobrą okazją do poznania zarówno skomplikowanej historii futbolu naszych sąsiadów, jak i jego strony socjologiczno-politycznej, od której na Ukrainie uciec nie sposób. I choć teksty polskich autorów wydają się bardziej zróżnicowane, a pod względem literackim są może nawet ambitniejsze (np. S-L-A-S-K Piotra Siemiona to chyba najlepszy literacko moment tej książki), to z punktu widzenia futbolowego entuzjasty (a nie podejrzewam, by ktokolwiek inny po to wydawnictwo sięgnął) w tym rozegranym na ponad 200 stronach meczu minimalne zwycięstwo należy się jednak naszym sąsiadom.

Krzymianowski

Tekst miał premierę w artPapierze. My zaś zamieściliśmy już fragment książki w Wypisach, do których jak zwykle zapraszamy.

 Niepiękna katastrofa

Patrick Barclay, Mourinho. Anatomia zwycięzcy, przeł. Anna Zdziemborska, Rebis, Poznań 2012.

To, że my, fani futbolu, tworzymy klan wtajemniczonych, a naszym życiem kierują reguły nieco odmienne od zasad ludzi, którzy nie zaczynają weekendu od sumiennego sprawdzania wykazu nadchodzących spotkań, nie jest wielką tajemnicą przynajmniej od momentu publikacji Futbolowej gorączki Nicka Hornby’ego. Dotychczas wszakże żyłem w przekonaniu, że (przynajmniej w teorii) obowiązuje nas większość prawideł regulujących również egzystencję tych, którzy z futbolem nie mają nic wspólnego: ruch prawostronny, płacenie podatków, zasady savoir-vivre’u i tym podobne normy społeczne. No i pewne zasady językowe. Najwyraźniej jednak poważnie się myliłem. A wiedzę tę zawdzięczam Domowi Wydawniczemu Rebis.

Niemożliwe przecież, by renomowane, a w każdym razie doświadczone wydawnictwo pozwoliło sobie na wypuszczenie na rynek takiego potworka jak biografia José Mourinho, najbardziej medialnego menadżera świata futbolu. Niemożliwe, żeby książka napisana przez uznanego na Wyspach dziennikarza sportowego Patricka Barclaya okazała się aż takim gniotem; żeby mogła być do tego stopnia wypełniona kiksami, które — nawiązując do futbolowej nomenklatury — uchodzić by mogły co najwyżej w A klasie, o ile oczywiście cały zespół byłby świeżo po suto zakrapianym wiejskim weselisku. Niemożliwe, by tylu ludzi, wymienionych w stopce wydawniczej z imienia i nazwiska, pracowało nad tworem ksiażkopodobnym. Tak — w wydawnictwach poświęconych futbolowi muszą obowiązywać inne prawidła niż w publikacjach o odmiennym charakterze. Jeśli bowiem założyć, że w książkach o piłce nożnej i w powieściach obowiązują mniej więcej te same normy językowe, to polską wersję (a może raczej podróbkę) Anatomii zwycięzcy trzeba by uznać za całkowitą katastrofę, nie mniejszą niż jakość trasy Warszawa – Łódź, prawdopodobnie jedynej autostrady na świecie, na której obowiązuje ograniczenie prędkości do 70 km/h.

Jest to o tyle dziwne, że biografią Mourinho zajmował się sztab ludzi — nie tylko tłumaczka (Anna Zdziemborska) i redaktor (Błażej Kemnitz), ale również, a jakże, redaktor merytoryczny (Remigiusz Lewandowski). Tymczasem w tym smutnym wydarzeniu wydawniczym klops poprzedza klops, a dramat goni dramat; tłumaczka, ręka w rękę z wymienionymi panami, raz po raz udowadnia, do jakiego stopnia nie ma pojęcia o materii książki, którą starała się spolszczyć. Zdania -potworki mnożą się tu bez umiaru: „Pod koniec sezonu zespól Estrela wypadł z ligi”; „mecz rozgrywany systemem eliminacyjnym”; „Przy próbie asysty swojego obrońcy strzelił głową do własnej bramki”; „permanentne transfery”. Niekiedy zaś przekład staje się po prostu logiczną zagadką, której rozwiązanie przekracza intelektualne możliwości niżej podpisanego: „Dzień po zdobyciu przez Chelsea tytułu strona internetowa BBC oferująca »udziały« w osobowościach sportowych, określane proporcjonalnie do cali zajmowanych przez nie na szpaltach gazet — Mourinho od paru miesięcy był najdroższy — wyceniła jego udziały na 132,04 funta”. Podobne wpadki, liczone tu w dziesiątki, jeśli nie setki, dowodzą, jak bardzo bezradna w starciu z tematem pozostaje tłumaczka i ci, którzy mieli jej wysiłki wspomagać. A całości dopełniają pospolite błędy edytorskie, np. podwójne albo brakujące cudzysłowy.

Doprawdy, Drodzy Państwo, o ile mi wiadomo, zainteresowanie futbolem, nawet w czasie Mistrzostw Europy, wciąż nie jest obowiązkowe i nikt, zdaje się, nie drze pasów z tych, którym brakuje rozeznania w specyfice piłkarskiego slangu i charakterystycznych dlań związkach frazeologicznych. Tym niemniej, jeśli już ktoś decyduje się na pracę nad podobnym przedsięwzięciem, skierowanym do bardzo konkretnego odbiorcy (po biografię Mourinho nie sięgną przecież ci, którzy uważają piłkę nożną za jedną z plag współczesności), powinien chociaż udawać, że ma pojęcie, o co w tym wszystkim chodzi.

Nasz rynek wydawniczy przywykł jednak do traktowania kibiców jak skończonych idiotów, którym można wcisnąć dowolny chłam wedle zasady, że kretyn wgapiony w dwudziestu dwóch półgłówków ganiających za piłką i tak łyknie wszystko bez zmrużenia oka. Ale nawet w tej mało chwalebnej konkurencji polskie wydanie Anatomii zwycięzcy wyraźnie się wyróżnia; to doskonały przykład na to, jak bezceremonialnie można okaleczyć najlepszą choćby książkę. Bo biografii Mourinho w polskiej wersji czytać się po prostu nie da, a kolejne rozdziały to dantejskie kręgi piekielne. Problem w tym, że w wędrówce nie towarzyszy nam żadna Beatrycze i musimy radzić sobie sami. Szczęśliwie, mamy jeszcze futbol…

A że w recenzji nie było słowa o José Mourinho? Wybaczcie Państwo — ci z was, których jego postać intryguje, i tak, z braku konkurencji, po tę biografię sięgną i cierpiąc, przebrną przez te nieomal trzysta stron. Zrobią to choćby po to, by dowiedzieć się, jak bardzo futbol przypomina życie, jak często przypadek, zbieg okoliczności i ludzkie błędy sprawiają, że piedestał od otchłani dzieli jeden drobny kroczek. Bo i o tym mówi ta biografia: jak jeden nieuznany gol Paula Scholesa sprawił, że Mourinho stał się tym, kim się stał — The Special One.

Krzymianowski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s