Autorzy

Grzegorz Krzymianowski

W wieku ośmiu lat był przekonany, że zostanie zawodnikiem Bayernu Monachium. Dwa lata    później miał już bolesną świadomość, że nic z tych planów nie wyjdzie. Dlatego wykazał się nadzwyczajnym w dzisiejszych czasach przywiązaniem do barw klubowych i całą tak zwaną karierę piłkarską spędził w konstantynowskim klubie Włókniarz. Rozpoczynał jako napastnik, nie okazał się jednak typowym łowcą bramek, sępem pola karnego, Gerdem Műllerem kartoflisk powiatu pabianickiego i okolic. Pierwszy i zarazem ostatni mecz, jaki rozegrał na tej pozycji, zakończył się spektakularnym wynikiem 0:9, a najpiękniejszego gola w życiu — potężną bombę zza szesnastki w górny róg bramki — zaaplikował własnej drużynie. Od tamtej pory cofał się coraz bardziej w stronę własnego pola karnego, aż ostatecznie zajął naturalne dlań miejsce defensywnego pomocnika. Jest autorem teorii, że wybór pozycji na boisku odwzorowuje stosunek człowieka do świata, nic więc dziwnego, że jego boiskowym poczynaniom towarzyszyły słowa Rilkego: „Kto mówi o zwycięstwach? Przetrwać — oto wszystko”.

Znany bardziej z waleczności niż jakichkolwiek innych walorów zakończył czynną karierę zawodniczą w jej szczytowym momencie, w czasie debiutu w meczu o mistrzostwo IV ligi, kiedy to los podstawił mu brutalnie nogę i skłonił do pielęgnowania w sobie innej manii — wiary w literaturę. Z czasem do swojej futbolowej fiksacji zaczął odnosić się coraz bardziej podejrzliwie, rugując w sobie przywiązanie do konkretnych barw i starając się traktować mecz piłkarski jako metaforę. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi w dalszym ciągu w spokoju ducha może spędzać całe weekendy, gapiąc się na ligę angielską i doszukując się skomplikowanych figur fatum we wzlotach, a zwłaszcza upadkach ulubionego Tottenhamu.

krzymianowski@gmail.com

Adam Jurek

Jego przygoda z futbolem rozpoczęła się w sposób, o jakim inni mogą tylko pomarzyć. Debiut z „10” na plecach na pozycji środkowego napastnika, w drużynie, która była dumą całej gminy — Włókniarzu Pabianice — zakończył zdobyciem dwóch bramek. Był to też szczytowy moment wiary w przyszłą karierę, sławę i pieniądze. Niestety, Futbolowy Bóg przemawiał przez jego czyny coraz rzadziej, a co za tym idzie i wiara coraz bardziej słabła. Tę świetnie rozpoczętą karierę próbowano jeszcze ratować poprzez zmianę pozycji, na rozgrywającego. O ile jednak wcześniej na drodze do chwały stanął brak skuteczności, to tym razem był to głównie brak… soczewek kontaktowych, trudno dostępnych w latach 90. Wymagany od środkowego pomocnika dobry przegląd pola zanikał wraz z postępującą wskutek nadmiernego czytania krótkowzrocznością. Toteż z czasem dusza delikwenta była już zupełnie w rękach Boga Literatury, a nie Futbolu.

Za największe sukcesy swej kilkuletniej kariery uznaje dwa powołania, półtora występu i jedną bramkę w drużynie Kadry Łodzi. Gol to był zresztą osobliwej urody, zdobyty — jak do dziś wspominają świadkowie — „niemalże półprzewrotką”. W klasie maturalnej dwukrotny reprezentant regionu łódzkiego zrozumiał, że wybitnego piłkarza już na pewno z niego nie będzie, i postanowił poświęcić się filozofii.

Od tego czasu fascynuje go bardziej socjologiczna aniżeli sportowa strona futbolu. Uważa, iż piłka nożna stanowi bardzo dobry katalizator emocji społecznych, w szczególności agresji i frustracji, o które nietrudno w kraju tak szybkich przeobrażeń gospodarczych. Dlatego też piętnuje krótkowzroczność władz państwowych zamykających stadiony dla niepokornej młodzieży. Uważa, że frustracja ta wyładuje się potem tak czy inaczej, i to w zupełnie niekontrolowany sposób.

adam.jurek@vp.pl

Marcin Kieruzel

Futbolem interesuje się od czasu pamiętnego sukcesu biało-czerwonych na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie. Kapitanem naszej reprezentacji był wtedy Jerzy Brzęczek — zresztą krajan z jego rodzinnych stron. Liderem Hiszpanów — który dobił nas w olimpijskim finale — Francisco Miguel Narváez Machón „Kiko”. Ponieważ „kultura futbolowa” w jego miejscowości pozostawała na zastraszająco niskim poziomie… a jedyne wtedy boisko, z racji zapewne konotacji z kartofliskiem, nazywano „stonką”, jego piłkarska kariera przebiegała przede wszystkim w wyobraźni. Każdego lata godzinami obijał futbolówką bramę swojego domu, wyobrażając sobie, że jest kapitanem Atletico Madryt — operującym w ataku razem ze wspomnianym Kiko. Karmiony informacjami z tygodnika „Piłka nożna” układał w głowie składy, przeprowadzał transfery, wygrywając kolejne sezony Primera Division. Wiele lat później tej młodzieńczej skłonności do fantazjowania nieoczekiwanie przyszła z pomocą technika; kolejne edycje „Football managera” pochłaniały go do tego stopnia, że nieco „przedłużyły” mu lata zarezerwowane na studiowanie.

O wielką piłkę otarł się całkiem przypadkiem… W gminnych zawodach dwa razy występował przeciwko kapitanowi dzisiejszej reprezentacji Polski Kubie Błaszczykowskiemu. W szóstej klasie podstawówki jego drużyna przegrała z zespołem Kuby po emocjonującej dogrywce i chyba dwunastej serii rzutów karnych. Dwa lata później nie miała już żadnych szans, a obraz knypiego blondynka, szarżującego na bramkę z niebywałą gracją, na zawsze już pozostawił w nim mieszaninę podziwu i pełnej rezygnacji zazdrości dla autentycznego piłkarskiego talentu. Na studiach występował jeszcze w akademickim turnieju Lumumby Cup, podczas którego odkrył, że braki techniczne jest w stanie nadrabiać „szybkością” i „wyrywnością”. Jego słynny „start do piłki” i „ciąg na bramkę” prędko stały się zresztą tematem niewybrednych żartów i ironicznych komentarzy o jawnie seksualnych konatacjach.

Dzisiaj nie gra już w „Football managera”… Znacznie więcej za to ogląda i czyta. Interesuje się socjologią i kulturowym aspektem futbolu, szczególnie jego religijną i erotyczną otoczką…

marcinkieruzel@yahoo.pl

Radosław Kossakowski

Od zawsze związany z płocką Wisłą, w której stawiał swoje pierwsze (i zarazem ostatnie) kroki w karierze piłkarskiej. Europejskich boisk nie zawojował, ale miał okazję grać w jednej drużynie z Jackiem Popkiem (wieloletni filar GKS Bełchatów) a przeciwko Markowi Saganowskiemu. Adrenalina związana z kopaniem piłki wciąż mu towarzyszy, choć w wymiarze zupełnie amatorskim. Fascynacja futbolem jest mu bliska od początków istnienia. W czasach komuny, w każdy poniedziałkowy ranek biegł po „Trybunę Ludu” i z wypiekami na twarzy sprawdzał na ostatniej stronie wyniki ekstraklasy. Dziecięce zaaferowanie futbolem zostało mu właściwie do dziś, choć analizując piłkarski świat przez socjologiczne „szkiełko” trudno trwać przy młodzieńczym idealizmie…

Pierwsze rozczarowanie jako kibic przeżył w 1986 roku, kiedy to Brazylia w ćwierćfinale Mistrzostw Świata odpadła po rzutach karnych w meczu z Francją. Od początku lat 90-tych zapatrzony w hiszpańską piłkę, do dziś ma w pamięci skład wielkiej Barcelony z tamtych czasów, z osobistym idolem w pierwszym szeregu – Ronaldem Koemanem.

W pracy zawodowej także związany ze sportem. Jako socjolog penetruje świat piłkarskich trybun, próbując poskładać model kultury kibicowania z wielu, różnokolorowych puzzli. Z rozczarowaniem obserwuje także fakt pogłębiania się odległości między piłkarskim centrum i peryferiami. Obserwacjom tym towarzyszy pogłębiający się niepokój o polską piłkę dryfującą niebezpiecznie w stronę futbolowego „trzeciego świata”.

radkoss@wp.pl

projekt graficzny: Ania Szmida©

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s