Szkoła cierpienia

Udziałem zarówno kibica, jak i zakochanego jest niespełnienie, gorzkie rozczarowanie. Bo co w życiu obiecuje nam więcej niż piłka nożna i miłość? I co nas częściej zwodzi i zawodzi?

Ten tekst trzeba zacząć od cytatu z kibicowskiej biblii — Futbolowej gorączki Nicka Hornby’ego. Angielski pisarz, a nade wszystko fan Arsenalu, sięgnął bowiem po analogię, która prawdopodobnie jak żadna inna opisuje fenomen kibicowania. Wyjaśniając początki swego fatalnego zauroczenia zespołem Kanonierów, Hornby wyznał: „Zakochałem się w futbolu, tak jak się później będę zakochiwał w kobietach: nagle‚ bezkrytycznie‚ nie myśląc o cierpieniu‚ które na siebie sprowadzam”. I trafił w samo sedno — udziałem zarówno kibica, jak i zakochanego jest przecież niespełnienie, gorzkie rozczarowanie. Bo co w życiu obiecuje nam więcej niż piłka nożna i miłość? I co nas bardziej zwodzi i zawodzi?

Miłość, nawet spełniona, a zwłaszcza spełniona, to chwila zatracenia, erupcja dosytu, która natychmiast staje się domeną przeszłości. Z piłką nożną jest bardzo podobnie — największe zwycięstwo jest zawsze tylko chwilowe, przypomina orgazm, pogrąża nas w euforii, jednocześnie pustosząc wewnętrznie. Trwa moment, zasiewając w nas pragnienie powtórzenia; tyle że — jak dobrze wiemy właśnie dzięki miłości i futbolowi — ciągłe ponowienia są niemożliwe. Zwycięstw, tak na boisku, jak i w łóżku, nie da się doświadczać w nieskończoność, są raczej precedensem niż oczywistością. Co więcej, zwycięstwo jest w gruncie rzeczy tylko zapowiedzią przyszłego rozczarowania.

***

Współczesny człowiek ucieka od tej świadomości w iluzję wciąż nowych podniet. Globalizacja stara się go w tym dążeniu wspomóc, karmiąc marketingową obietnicą wiecznej satysfakcji, rzekomo dostępnej na wyciągniecie ręki. Człowiek usiłuje założyć losowi wędzidło, próbuje wydrzeć mu moc sprawczą, biorąc — przynajmniej w teorii — życie w swoje ręce, decydując o nim w większym niż kiedykolwiek dotąd stopniu. Wybór — nieskończona i niekończąca się seria wyborów — jest (albo raczej wydaje się) naturą naszej egzystencji.

W tym kontekście przemiany w świecie futbolu to lustro, a raczej soczewka, w której odbija się dusza współczesności. Urugwajski pisarz Eduardo Galeano nie bez racji zauważył: „Niektórym wydaje się, że stadiony piłkarskie to wyspy. Nie wiedzą, że są one raczej lustrami, w których odbija się obraz świata, do którego wszyscy należymy”. Kibicowanie ulega bowiem podobnym przemianom, co i reszta naszej rzeczywistości— zmniejsza się jego zależność od miejsca urodzenia, coraz rzadziej jest kwestią przypadku. W społeczeństwie globalnym, w którym granice — przynajmniej teoretycznie — stały się płynne i przejrzyste — przynajmniej teoretycznie — nie jesteśmy już skazani na lokalną drużynę, możemy sympatyzować z dowolną marką. W coraz mniejszym stopniu aktualne wydają się więc słowa Serhija Żadana, ukraińskiego pisarza:

Kibicowanie w piłce nożnej to sprawa bezpośrednio związana ze szczęściem i przypadkiem. Od ciebie, ogólnie rzecz biorąc, niewiele tu zależy. Jeśli jesteś uczciwy — powinieneś kibicować swoim. I dobrze, jeśli urodziłeś się i dorastałeś w jakiejś Barcelonie. Bo w przeciwnym wypadku przyjdzie ci przez całe swoje kibicowskie życie nie tyle szczycić się osiągnięciami ulubionej drużyny, ile opłakiwać jej marną karmę.

Charakterystyczne dla nowoczesnego futbolu zjawisko — wybieranie sobie obiektu fascynacji jak towaru w supermarkecie — wiąże się z bardziej ogólną tendencją charakterystyczną dla naszej teraźniejszości: człowiek współczesny dąży do eliminacji jakichkolwiek emocji negatywnych, pragnie uniknąć bólu i nieszczęścia za wszelką cenę, ruguje je wręcz ze świadomości.

To postawa stricte dziecinna, charakterystyczna dla umysłów niedojrzałych — ustawianie się po stronie silniejszego, wiara w to, że silniejszy ochroni przed bólem. Łączy się ona dodatkowo z przekonaniem, że argument pięści (i ekonomii) jest decydujący. Ów kult potęgi na gruncie futbolu doskonale scharakteryzował Bill Shankly, złotousty menadżer Liverpoolu: „Jeśli jesteś pierwszy, to jesteś pierwszy. Jeśli jesteś drugi — jesteś nikim”. Dlatego największym pragnieniem piłkarskiego kibica jest niekończąca się zwycięska passa. I dlatego właśnie — pomijając już kwestie marketingowe — rzesze futbolowych konsumentów ekscytują się popisami Barcelony, Realu Manchesteru United i innych branżowych gigantów — by zminimalizować prawdopodobieństwo porażki do minimum.

 ***

Futbolowi bogowie są jednak mściwi i lubią drwić sobie z naszych marzeń. Im większy bowiem klub, któremu kibicujemy — kibicujemy, a nie konsumujemy tworzone przezeń widowisko — tym potężniejszy i strach przed porażką. Bo w paradoksalnej psychologii futbolu przegrane bolą bardziej, niż smakują zwycięstwa. Więcej nawet — po wielkim tryumfie każda porażka boli tym bardziej, staje się wprost nieznośna. I właśnie klęska, a właściwie próby mierzenia się z nią, stanowi esencję kibicowskiego losu.

Zwycięstwa się oczywiście pamięta, niektóre z nich — jak pamiętne mecze Widzewa z Legią i Broendby czy niewiarygodny tryumf Liverpoolu nad Milanem w finale Ligi Mistrzów — na stałe wchodzą w skład kibicowskiej mitologii. Co więcej, właśnie dla takich chwil zostaje się fanem futbolu. Ale zwycięstwa — spójrzmy tej prawdzie prosto w oczy — to tylko parawan, za którym kryje się rzeczywistość. Dominantą kibicowskiego doświadczenia nie jest ani sukces, ani nawet nadzieja na niego (choć to nią uzasadniamy nasze szaleństwo), lecz lęk przed porażką, niezależnie od tego, z kim się trzyma.

Wśród licznych i wyrafinowanych plag spadających na kibica, prym wiedzie więc nie nadzieja zwycięstwa, lecz strach przed przegraną. Każda przedłużająca się dobra seria wywołuje przecież coraz większy strach — przed jej zakończeniem. Kolejne zwycięstwo podszyte jest zawsze niedowierzaniem, podejrzeniem, że to tylko przypadek, zbieg szczęśliwych okoliczności. Nawet jeśli nasza drużyna wygrywa seryjnie, gromi kolejnych przeciwników, raz za razem bezlitośnie rozprawia się z rywalami, wiadomo, że passa musi się skończyć, że kolejna wygrana to tylko prolongowanie w czasie porażki.

Dlatego właśnie piłka nożna to nade wszystko szkoła cierpienia, a kibicowanie to sztuka zadawania sobie ran, tragizm w czystej, wręcz antycznej postaci — jest pewne, że nieszczęście przyjdzie, wcześniej czy później, że napadnie na nas w najmniej oczekiwanej chwili, jak jakiś pijany drab, który wylazł z ciemnej bramy. Wiadomo, że jest gdzieś przed nami i dobrze zamaskowane czyha tylko na stosowną okazję, by zamanifestować swoje istnienie. A najgorsze jest to, że nic, zupełnie nic, nie można na to poradzić.

 ***

„Niemałą część bólu istnienia stanowi to, że czas bezustannie nas naciska, nie daje nam złapać oddechu, wciąż goniąc, niczym nadzorca z biczem” — zauważył Artur Schopenhauer. Futbol zaś to wieczny powrót, ciągle nowy początek, nowe otwarcie, nowe rozdanie, nowe nadzieje i nowy lęk. Każdy sezon rozpoczyna obrót wielkiego koła wiary, ufności i ich niesfornego rodzeństwa — rozczarowania i goryczy. W futbolu tak naprawdę liczy się tylko chwila obecna, moment unieważniający to, co było, a w najlepszym razie zamykający dawny tryumf w nawiasie wspomnienia.

Podobnie rzecz ma się także z pojedynczym spotkaniem. Mecz, poza tymi wyjątkowymi wypadkami, gdy po dwudziestu minutach jest 3:0 i możemy rozkoszować się samą grą, wypełnia nas przecież tylko niepokojem; gdy prowadzimy, pragniemy, by wszystko się już skończyło, na dobre, definitywnie, by przeciwnik w ostatniej chwili, w doliczonym czasie gry, nie zniweczył naszej euforii; gdy przegrywamy, zwłaszcza gdy przegrywamy nieznacznie, w każdej minucie dajemy ponosić się nadziei, że los się odmieni, wynagrodzi nas za wiarę nagłym zwrotem sytuacji, nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi i okolicznościom.

My, fani futbolu, jesteśmy potępieni. Kto kiedykolwiek, tak jak Nick Hornby, poszedł na stadion w listopadowy wieczór, by trzęsąc się z zimna na lodowatym wietrze, kląć pod nosem —częściej zaś zupełnie otwarcie — na pogodę, przeciwnika, sędziego, wynik, poziom „widowiska”, a nade wszystko swój idiotyczny upór, ten doskonale wie, o czym mówię. Wszyscy inni niech docenią swoje szczęście — i fakt, że mają jakiś wybór.

 Krzymianowski

Advertisements

Dodaj komentarz

Filed under Krzymianowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s