Jak to się robi w Holandii

Przykład Twente mówi wiele o naturze relacji pomiędzy klubem a jego fanami. Zawężenie tej relacji do stosunku producent – klient nie wytworzy w „kliencie” poczucia przywiązania, jeżeli w danej chwili „produkt” będzie miał słabszą jakość. Owszem, najwierniejsi zawsze zapełnią swój sektor, ale cała reszta trybun będzie świeciła pustkami. Do zbudowania identyfikacji między kibicami a klubem potrzeba znacznie więcej niż stadion.

Źródło: Stadionwelt Fans

Kibic piłkarski bywa w swej wierności naiwny i ufny jak małe dziecko. Choć jego ukochana drużyna regularnie dostaje baty i tak co weekend zakłada szalik i maszeruje na stadion niesiony wiarą, że tym razem los się odmieni. Po 90 minutach zaś wraca z tym samym kacem i bólem głowy co zazwyczaj. Oczywiście, nigdy nie jest tak, że dany zespół tylko przegrywa, nawet autsajderzy mają swoje „pięć minut”. My, Polacy, już od dobrych kilkunastu lat budzimy się najczęściej z kacem. Setki stron poświęcono kompromitacjom polskich drużyn w europejskich pucharach, zawstydzającym wiernych kibiców, którzy jeżdżą za swymi ulubieńcami tysiące kilometrów pod granice z Chinami (jak to zrobili na przykład fani Lecha w tym roku); za ulubieńcami, którzy co miesiąc inkasują dziesiątki tysięcy złotych za doprowadzanie swych fanatycznych kibiców do stanu przedzawałowego. Ale znęcanie się nad polską ligą — ligą, której bez pewnej dozy masochizmu oglądać się nie da — nie jest moim celem. Tak jak inni naiwni, spragniony wielkiej piłkarskiej uczty co weekend chadzam na stadion. Płacę za bilet i czekam na cud. Zastanawiam się jednak, co zrobić, by obraz polskiej piłki był inny, byśmy częściej się cieszyli, a nie irytowali. I tak myśląc, sięgnąłem po przykład z Holandii.

Przez pewien czas penetrowałem badawczo świat kibiców jednego z holenderskich klubów — Twente Enschede. Świat kibiców niezmiennie mnie fascynuje, futbol jest przecież rodzajem religii nie tylko dla polskich „kiboli”. Poznając „zakamarki” i arkana świata kibiców z Enschede, przy okazji dowiedziałem się, jak można budować tożsamość klubu, opierając się na kulturze ciężkiej pracy, wzajemnym zaufaniu, łączeniu lokalnych środowisk i być może najważniejszym czynniku w tej układance — cierpliwości. Wiadomo, Holandia to kraina, w której protestantyzm przygotował podłoże pod gospodarkę kapitalistyczną. Max Weber przenikliwie opisał, jak „etyka protestancka” wpłynęła na rozwój kapitalizmu. Ujmując rzecz skrótowo — protestanci nie mogli być pewni zbawienia (idea predestynacji mówi, że Bóg zdecydował o losach poszczególnych ludzi, ale zrobił to „po kryjomu”, nikomu nie zdradzając nawet rąbka tajemnicy), ale doszukiwali się boskich znaków w życiu doczesnym. Założyli, że jeżeli komuś się tutaj, pomiędzy grzesznikami, dobrze powodzi, to jest prawdopodobne, że i pośmiertne losy takiej istoty muszą być pozytywne. Zaczęli więc pracować ponad ludzkie siły, inwestując każdą zarobioną monetę i pomnażając kapitał (pamiętajmy, że hedonizm i wydawanie zarobionych pieniędzy na zbytki mogło obrócić się w gniew Stwórcy). W ten sposób dorabiali się fortun, a w kulturze zachodniej zaczął rozkwitać system pieniężno-gospodarczy, który dziś nazywamy kapitalizmem.

Owszem, po kapitalizmie nacechowanym przez religijną etykę właściwie nie ma już śladu. Jego miejsce zajęła kredytowo-konsumpcyjna wersja, która pogrąża budżety państw i portfele konsumentów. „Wydawaj więcej, niż zarabiasz” — wydaje się mówić współczesny kapitalizm. Nie oznacza to jednak, że pewne resztki protestanckiej kultury nie funkcjonują. Twente Enschede jest dowodem, że ta współczesna hybryda może działać całkiem sprawnie. Klub z regionu przygranicznego nie dorasta do pięt „wielkim” kraju tulipanów: PSV Eindhoven, Feyenoordowi Rotterdam, a przede wszystkim Ajaxowi Amsterdam. Nie może się z nimi równać, jeśli chodzi o liczbę trofeów: zdobył raptem dwa tytuły mistrzowskie (licząc ten z 1925 roku, zdobyty przez SC Enschede), trzy krajowe puchary i dwa superpuchary.

Przez lata Tukkers nie wychodzili z cienia „wielkich”. Twente było peryferyjnym klubem z niedużego miasta, bez tradycji i perspektyw. Początek XXI wieku nie był pomyślny dla klubu z koniem w herbie (to znak odnoszący się do tradycji farmerskich w regionie Overijssel), Twente stanęło na krawędzi bankructwa. Paradoksalnie, upadek stał się początkiem nowego. Klub udało się wydźwignąć z kryzysu, a podstawą restrukturyzacji była m.in. rozbudowa stadionu. Logikę tego posunięcia przedstawia Andrea Kooji, dyrektor ds. Komunikacji i członek zarządu:

W 2004 roku mieliśmy mały stadion na 13,5 tysięcy widzów, następnie zwiększyliśmy pojemność stadionu do 24 tysięcy w 2008 roku. Zwiększyliśmy także miejsca dla biznesu i komercyjny potencjał stadionu, a co za tym idzie również budżet klubu do 35 mln Euro. W ostatnim sezonie zwiększyliśmy pojemność stadionu do 30 tysięcy, rozwijając również potencjał komercyjny stadionu i budżet do 45 mln Euro. Teraz planujemy rozbudować stadion do 44 tysięcy i zwiększyć budżet do 60 milionów Euro. To tylko plan zwiększenia dochodów i budżetu, a jak masz większy budżet to możesz kupić lepszych zawodników, lepsze rezultaty, a to oznacza, że możesz grać w europejskich pucharach.

To banalne wręcz rozwiązanie działa w Enschede bez zarzutu. W drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku klub podniósł się z kolan także w sferze sportowej. Kilkakrotnie awansował do europejskich pucharów, a kwintesencją dobrej passy było mistrzostwo Holandii zdobyte w 2010 roku pod wodzą Steve’a McClarena. Klub nieźle sobie radził w Champions League (m.in. remis z Interem Mediolan) i doszedł do ćwierćfinału Ligi Europejskiej. Rok później było wicemistrzostwo i krajowy Puchar. Słabszy sezon 2011/12 zakończył się szóstym miejscem, a klub, znów pod wodzą McClarena, rozpoczął przygodę z Europą od pierwszej rundy kwalifikacji Ligi Europejskiej. W fazie grupowej zagra m.in z pogromcami Śląska Wrocław, Hannoverem 96.

Dlaczego jednak, strategia oparta na rozbudowie stadionu, która wiąże się przecież z ryzykiem pustych trybun, sprawdza się w Enschede, a zupełnie rozczarowuje w Gdańsku czy Wrocławiu? Kluczem jest zakorzenienie w lokalnej społeczności i otwarcie się klubu na nią. Kooji to potwierdza:

Mamy trzy podstawowe wartości: (a) futbol, (b) nasz dom, czyli stadion i (c) solidarność. Zwłaszcza jeżeli chodzi o solidarność, robimy bardzo wiele. Mamy specjalne stowarzyszenie, którego celem jest wspieranie społeczności lokalnej, budowanie solidarności. Naszymi partnerami w stowarzyszeniu są lokalny samorząd, lokalny biznes oraz pracownicy socjalni.

Na nowoczesnym stadionie De Grolsch Veste są pomieszczenia przeznaczone do działań społecznych i projektów socjalnych. Lokalna tożsamość jest, jak twierdzą pracownicy klubu, częścią DNA klubu. I to ma chyba decydujące znaczenie. Wiarygodność zdobyta na gruncie lokalnym zwraca się z nawiązką. Klub nie ma kłopotu ze sprzedażą lóż biznesowych czy karnetów na cały sezon dla zwykłych kibiców. Mieszkańcy regionu silnie utożsamiają się z Twente, co miałem okazję zaobserwować w 2011, gdy podróżowałem z kibicami klubu na mecz finałowy Pucharu Holandii w Rotterdamie. Przez kilkadziesiąt kilometrów od miasta na wiaduktach przecinających autostradę stali ludzie z flagami, szalikami klubowymi, pozdrawiając wszystkich podróżujących. To nie była żadna akcja zorganizowana przez władze klubu. Ludzie mieszkający poza miastem wyszli po prostu spontanicznie z domów i stanęli na wiaduktach, wyrażając tym samym swoje przywiązanie do klubu. Przyczynę takiego przywiązania wyłuszcza jeden z kibiców, na co dzień pracownik klubowego sklepu z pamiątkami:

Obok uczucia, że osiągnęliśmy coś jako region, jako społeczność, mamy coś jeszcze, ponieważ Twente daje coś fanom. Mamy mnóstwo projektów społecznych, które pozwalają ludziom być częścią klubu. Wielu ludziom umożliwia się pójście na mecze. Mogą działać w wielu społecznych projektach, mogą jeden za drugim uczestniczyć w meczach dzięki tańszym biletom. To nie jest tylko tak, że ludzie kochają Twente, ale klub daje społeczności coś w zamian. Moim zdaniem, kiedy tak się dzieje, kiedy tak dużo ludzi robi coś dla klubu, a klub oddaje coś z powrotem, to powstaje bardzo silne wspólnotowe uczucie. Nie tylko dla FC Twente, ale dla społeczności samej w sobie.

Przykład z kraju, który dał światu Cruyffa, futbol totalny, Van Bastena, mówi wiele o naturze relacji pomiędzy klubem a jego fanami. Zawężenie tej relacji do stosunku producent – klient nie wytworzy w „kliencie” poczucia przywiązania, jeżeli w danej chwili „produkt” będzie miał słabszą jakość (beznadziejne wyniki). Owszem, najwierniejsi zawsze zapełnią swój sektor, ale cała reszta trybun będzie świeciła pustkami. Śląsk, Lech czy Lechia to dowody na to, że do zbudowania identyfikacji między kibicami a klubem potrzeba znacznie więcej niż stadion. Czy da się to zmienić? Najprawdopodobniej musimy się dorobić w Polsce innego rodzaju mentalności, która za jedną z ważniejszych wartości uznaje wspieranie lokalnych inicjatyw, w tym życia i działalności klubu. Stadiony w Bundeslidze pękają w szwach, choć większość klubów jest, piłkarsko rzecz ujmując, stosunkowo przeciętna. Istnieją zatem zupełnie inne przyczyny, które kierują ludźmi, kiedy stoją od wczesnych godzin rannych w kolejce po karnet na cały sezon.

Profesjonalny futbol jest biznesem przez duże „B” i nikt nie może tego zakwestionować. Przykład z Enschede pokazuje, że ścieżka rozwoju ekonomicznego nie musi się kłócić z innymi imponderabiliami. Twente jest, formalnie rzecz biorąc, stowarzyszeniem, a zatem należy do „wszystkich”. Ma to dalekosiężne konsekwencje, o których mówi członek zarządu klubu:

Twente to zupełnie inny klub. Prezydent klubu jest jednocześnie głównym dyrektorem w klubie i jest to pozycja honorowa, bezpłatna (voluntary position), co nie zmienia faktu, że pracuje w klubie 40–50 godzin tygodniowo. Tutaj nie ma wielkich pieniędzy w zarządzie, dla dyrektorów, członków zarządu. Tu nie ma wielkich pensji, bo klub jest własnością wszystkich. Jeśli płaciliby mi 400 000 Euro rocznie, to byłoby to szaleństwo wobec ludzi, którzy tworzą klub, kibiców. Sponsorzy, którzy dają pieniądze, nie są również zainteresowani płaceniem wielkich pensji członkom zarządu. To samo dotyczy zawodników. Nie ściągamy do Twente zawodników, którzy otrzymują niewyobrażalne pieniądze, staramy się dobierać takich, którzy u nas się rozwiną, a ich transfer w przyszłości przyniesie klubowi korzyści.

Wnikliwy i niepozbawiony sarkazmu czytelnik zadedykuje zapewne te słowa osobom takim jak Józef Wojciechowski, ale nie o cynizm przecież idzie, lecz o to, co zrobić z polskim futbolem, by zaczął przynosić satysfakcję właścicielom i kibicom. Wszystko to, co najgorsze, już chyba było w polskim piłkarskim „piekiełku”. Patrząc na zachodnie ligi, można rozchorować się z zazdrości i popaść w olbrzymie kompleksy albo podciągnąć rękawy i chwycić za łopatę. Nowe stadiony już są, reszta zależy od ludzi, którzy zechcą zrobić z klubów coś więcej niż marnej jakości rozrywkę. Mamy w Polsce kibiców, którzy odrestaurowują swoje kluby, podnoszą je z kolan — Hutnik Kraków, Szombierki Bytom, Stilon Gorzów, Odra Wodzisław i wiele innych. Ale czekając na ich rozwój, osadzony na wartościach nie tylko biznesowych, należy również wywierać presję na możnych polskiej piłki. I czekać do kolejnych eliminacji w europejskich pucharach.

Kossakowski

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Kossakowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s