Against modern football

Gdyby natura futbolu ograniczała się tylko do boiskowych zmagań, nigdy nie osiągnąłby on statusu najpowszechniejszej religii na Ziemi. Jego siła polega jednak między innymi na tym, że jedenastu ludzi na boisku reprezentuje nie tylko siebie, lecz większą lub mniejszą społeczność. Dlatego jeśli nie ma się stać tylko kolejną poobiednią rozrywką w świecącym opakowaniu, to musi ocalić swój pierwotny, nieco atawistyczny charakter.

źródło: Soccer Fans Network

W styczniu 2011 roku niejaki Jermaine Pennant, obecnie 29-letni zawodnik Stoke, otrzymał niespodziewaną wiadomość ze swego poprzedniego klubu, Realu Saragossa. Okazało się, że na parkingu przy stacji kolejowej Delicias od pół roku stoi zaparkowane tam przezeń Porsche, warte, bagatela, 98 tysięcy funtów. Zawodnika długo trzeba było przekonywać, że auto, do którego kluczyki leżały zresztą na przednim siedzeniu, faktycznie jest jego własnością, sam bowiem nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek posiadał podobny wóz. Problemy z pamięcią angielskiego skrzydłowego są poniekąd zrozumiale, żywot ma bowiem burzliwy. Jako szesnastolatek został namaszczony na przyszłą gwiazdę futbolu przez samego Wengera, a Arsenal wyłożył zań rekordowe ówcześnie jak na nastolatka 4 miliony funtów. Gwiazdą jednak nie został, ostatecznie skończył jako rezerwowy Stoke. Listę osiągnięć piłkarskich ma więc Pennant raczej mizerną, za to poza boiskiem prezentował fantazję godną skrzydłowego: w 2004 roku stracił prawo jazdy po tym, jak ruszył pod prąd autostradą, niedługo potem został skazany za jazdę po pijanemu, w maju tego roku, znów pijaniutki, rozbił swoje białe BMW, a do tego został oskarżony o napaść na kobietę w jednym z nocnych klubów Manchesteru. Kaucję, dzięki której wyszedł na wolność, wpłacił, rzecz jasna, klub…

Nie będzie to jednak historia kolejnego niespełnionego talentu. Na własnym podwórku mamy w końcu bez liku bardziej spektakularnych przykładów:Dziekanowski, Marciniak, Kowalczyk, Sypniewski – żaden z nich nie udźwignął ciężaru własnych zdolności. Nie ma też chyba sensu specjalnie pastwić się nad rozmiarami mózgoczaszki Pennanta ani tym bardziej ubolewać nad horrendalnymi pensjami piłkarzy. Ostatecznie, nie są to sumy odbiegające od tych, jakimi wynagradza się przedstawicieli innych dobrze opłacanych profesji: bankowców, ekonomistów, aktorów, a nawet – o zgrozo – co bardziej poczytnych pisarzy, a w futbolu następuje chociaż realna weryfikacja umiejętności, piłkarz bowiem co tydzień musi publicznie udowadniać swą wartość. Jeśli zatem wzorem Watykanu zajmować się tym problemem, to należałoby go rozpatrywać w zdecydowanie szerszym kontekście, na naszych oczach rozpada się bowiem powojenny mit Zachodu jako krainy względnego egalitaryzmu i społecznej solidarności.

Zabawna historia rezerwowego Stoke jest jednak przede wszystkim dobitnym dowodem na to, do jakiego stopnia współczesny piłkarz jest wyalienowany ze społeczeństwa, w którym podobno żyje. W ciągu zaledwie dwóch dekad (trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze podczas Mistrzostw Świata we Włoszech w 1990 roku Gascoigne i jego koledzy z kadry przed meczami mogli popijać drinki na plaży w towarzystwie „zwykłych” ludzi) futboliści – podobnie zresztą jak inne ikony popkultury – przestali być ludźmi, zostali bytami abstrakcyjnymi, które raz na jakiś czas nawiedzają śmiertelników i odprawiają swoje misteria, by następnie wycofać się do swoich niedostępnych siedzib. Żyją w jakichś odległych kręgach istnienia, pojawiają się głównie jako medialne wizerunki, reprodukowane na zdjęciach i filmach w milionach egzemplarzy, tak że poza stadionem można wręcz zwątpić w ich cielesność i realność. Jean Baudrillard w książce Symulakry i symulacja przedstawił tezę, iż nie żyjemy już w rzeczywistości, a w hiperrzeczywistości obrazów, które mają coraz mniejszy związek z realnym światem. Współcześni piłkarze, tak jak i inne bożki naszej cywilizacji, uosabiają teorię francuskiego filozofa – coraz bardziej przypominają symulakry, pozór imitujący realność. Zapewne dlatego z takim zachwytem – i niejakim zdziwieniem – relacjonuje się ich „ludzkie” zachowania: gdy na lotnisku zamienią trzy słowa z niepełnoletnim fanem albo powiedzą coś do rzeczy. Ten proces cały czas wydaje się przyśpieszać. Fabryki zwane akademiami i szkółkami specjalizują się nie tylko w selekcjonowaniu i szlifowaniu talentu, ale też starają się totalnie zapanować nad życiem wychowanków, tak by ograniczyć do minimum ryzyko strat inwestycyjnych. Wychowane w „kryształowych pałacach” (żeby posłużyć się metaforą Petera Sloterdijka) nastolatki mają zaś coraz mniej wspólnego ze światem istniejącym poza futbolem.

Wydaje się, że na taki stan rzeczy decydujący wpływ miały dwa niezwykle ważne wydarzenia: objęcie sterów FIFA przez João Havelange’a oraz wprowadzenie tzw. „prawa Bosmana”. Futbol stracił niewinność w 1974, gdy Brazylijczyk zasiadł na prezydenckim tronie, by uczynić z prowadzonej przez siebie organizacji instytucję do zarabiania pieniędzy. Kres romantycznej fazy futbolu nastąpił ostatecznie 21 lat później, w 1995 roku, gdy zawodnicy otrzymali od Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości potężny prawny instrument nacisku, który zamieniał kluby w czasowych pracodawców, samych piłkarzy zaś w kontraktowych pracowników. „Grzech założycielski” Havelange’a dał solidne fundamenty pod marketingową histerię, która towarzyszy piłkarskim zmaganiom, od mistrzostw świata począwszy, a na Champions League, tym przykładzie wybitnej kreatywności władz futbolowych w robieniu pieniędzy, skończywszy. „Prawo Bosmana” i jego późniejsze rozszerzenie, „prawo Webstera”, uczyniły natomiast z piłkarzy, przynajmniej tych w wersji Lux, towar wystawiany na handel przy okazji kolejnych okienek transferowych.

Zapewne, gdyby nie komercjalizacja i globalizacja piłki nożnej, futbol nie podbijałby tak łatwo wyobraźni i serc milionów Azjatów, a gdyby nie gwarantowane unijnymi prawami wolności piłkarzy, nie mielibyśmy dodatkowych emocji towarzyszących spekulacjom na temat kolejnych transferów. Pytanie jednak, czy cena, jaką zapłacił futbol za swą rosnącą popularność, nie jest zbyt wysoka? Są bowiem poważne powody, by obawiać się, że ten fenomenalny wynalazek w niedalekiej przyszłości straci wiele ze swej natury (żeby nie powiedzieć – duszy). Na naszych oczach piłka nożna staje się bowiem dziedziną coraz bardziej wyabstrahowaną z rzeczywistości, kolejnym produktem zastrzeżonym znakiem towarowym, tak samo jak piłkarze w coraz częściej okazują się istotami z nieco innej planety niż ci, którzy ich podziwiają. A przecież piłka nożna nie jest tylko pierwszym lepszym sportem, to raczej fascynujące globalne zjawisko kulturowe. Gdyby natura futbolu ograniczała się jedynie do boiskowych zmagań, nigdy nie osiągnąłby on statusu najpowszechniejszej religii na Ziemi. Jego siła polega jednak między innymi na tym (przede wszystkim na tym?), że jedenastu ludzi na boisku reprezentuje nie tylko siebie, lecz większą lub mniejszą społeczność. Dlatego jeśli nie ma się stać tylko kolejną poobiednią rozrywką w świecącym opakowaniu, to musi ocalić swój pierwotny, nieco atawistyczny charakter.

źródło: Duszy Rebeliant

Nic dziwnego, że oddolny opór wobec przemian w piłkarskim świecie narasta. Ujawnia się zresztą na bardzo różne sposoby: od zakładania przez kibiców „alternatywnych” zespołów grających w niższych ligach, jak to się dzieje w Anglii, przez akcje w rodzaju Against modern football, po gwałtowne erupcje przemocy, których od czasu do czasu jesteśmy świadkami. Przeciw współczesnemu futbolowi w różnych formach występują wszakże zarówno kibice Malagi, urządzający protest piżamowy przeciw nocnym godzinom rozgrywania spotkań ich drużyny, jak i ultrasi FC Koeln, którzy opanowali boisko po meczu, który ostatecznie skazywał ich drużynę na degradację. A także – w niedopuszczalnej, acz niestety zrozumiałej formie – kibole perswadujący na treningach naszym rodzimym grajkom większe zaangażowanie. Piłkarze, którzy przychodzą i odchodzą, zawodnicy degradujący się do roli podnajętych sezonowych wyrobników, do tego niezbyt angażujących się w powierzone im obowiązki, muszą liczyć się bowiem z tym, że będą rozliczani ze swych zawodowych osiągnięć bezwzględniej niż ci, którzy są w drużynie niezależnie od okoliczności.

Fan futbolu, przynajmniej fan w tradycyjnym, a nawet nieco konserwatywnym tego słowa znaczeniu, potrzebuje jakichś stałych punktów odniesienia, potrzebuje konsolidacji – nie tylko poprzez współuczestnictwo w zbiorowych rytuałach, ale i dzięki zawodnikom, z którymi może się identyfikować. Nie przypadkiem wielkie kluby wciąż starają się o to, by utrzymać w składzie graczy, którzy są dla kibiców symbolami zespołów. Jest to relacja potężna, wręcz paramiłosna, o czym świadczą gwałtowne reakcje, gdy okazuje się, że „ikona” nie rewanżuje się podobnym przywiązaniem i popełnia „zdradę”. Płonące koszulki Robina van Persie’go, który przeszedł właśnie z Arsenalu do ManU świadczą o tym najdobitniej. Bez takich zawodników jak Lampard, Gerard, Casillas, Buffon czy choćby Wyparło drużyna zamienia się w objazdowy cyrk, mniej lub bardziej luksusowy sklep, obwoźny stragan, gdzie można przebierać między świecącymi fatałaszkami, a czasem po prostu znoszonymi łachami.

Wyjąwszy przypadki nadające się do hospitalizacji, kibice, nawet w swej masie, zachowują się bowiem w gruncie rzeczy dość racjonalnie – doceniają nie tylko umiejętności i talent, ale może przede wszystkim zaangażowanie, nawet jeśli nie wystarcza ono do zwycięstwa. Gdy Blackburn spadało z Premiership w zeszłym sezonie i rozwścieczeni fani wylegli na boisko po ostatnim gwizdku przegranego meczu z Wigan, jedynym piłkarzem, który nie salwował się ucieczką do szatni, był bramkarz Paul Robinson. Nie był atakowany, doczekał się nawet ze strony kibiców Blackburn wyrazów pocieszenia – nie sprostał może wyzwaniu sportowemu, jak cała drużyna, ale dotrzymał kroku oczekiwaniom fanów.

Na boisko wybiegli też ostatnio kibice Evertonu. W potyczce z greckim AEK Ateny zdarzyła się bowiem rzecz niebywała – Tony Hibbert, rozegrawszy bez zdobycia gola ponad 300 spotkań w barwach The Toffies, dokonał w końcu tej niebywałej sztuki. Hibbert nigdy nie był zawodnikiem wybitnym i już nim nie zostanie, a i Everton za jego czasów nie zdołał zdobyć żadnego trofeum. Bardzo zatem prawdopodobne, że z trwającej już 12 lat przygody z Evertonem najbardziej wbije mu się w pamięć właśnie ten dzień, 8 sierpnia 2012 roku, gdy fani spełnili zapowiedź z ułożonej na cześć wychowanka Evertonu przyśpiewki: „When Hibbo Scores We Riot” (Kiedy Hibbo strzeli, robimy zadymę).

Krzymianowski

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Krzymianowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s