Auschwitz `44

W 1944 roku odbył się mecz, który można uznać za jedno z najbardziej skomplikowanych pod względem etycznym wydarzeń w historii piłki nożnej. Wtedy to bowiem w obozie Auschwitz-Birkenau stanęły naprzeciwko siebie drużyny SS (w czarnych barwach z kolekcji słynnej dziś firmy Hugo Boss) i Sonderkommando (biało-czarne pasy).
Paweł Kwiatkowski ©

Z jednej strony Niemcy, z drugiej Żydzi, oprawcy kontra ofiary. Przy czym ofiary pochodziły w tym przypadku z tak zwanej „szarej strefy” obozowego życia (jak to potem kanonicznie określił Primo Levi). Byli to bowiem żydowscy członkowie Oddziałów Specjalnych (Sonderkommando), którzy zostali zmuszeni przez esesmanów do pomocy w zbrodni holocaustu. Mowa tu o pracownikach komór gazowych i krematoriów, których liczba wahała się w różnych okresach istnienia obozu od 700 do 1000 osób. Do ich przywilejów należały nieco większe racje żywnościowe, jak też (prawdopodobnie) pewne przydziały alkoholowe. W zamian za to musieli uczestniczyć w eksterminacji własnego narodu. W Auschwitz funkcjonowało kolejno dwanaście Oddziałów Specjalnych, przy czym każdy z nich zaczynał swą pracę od spalenia poprzedniego, po kilku miesiącach podzielając ten sam los. Reprezentacja piłkarska jednego z takich oddziałów rozegrała wspomniany mecz z esesmanami. Podstawowym celem tego tekstu jest zebranie w jednym miejscu pochodzących z różnych źródeł informacji i opinii na temat tego quasi-piłkarskiego wydarzenia.

Boisko do piłki nożnej w Birkenau znajdowało się na terenie obozu szpitalnego i sąsiadowało bezpośrednio z rampą wyładowczą i krematorium II. W opowiadaniu Ludzie, którzy szli Tadeusz Borowski wspomina, że był jednym z budowniczych tego obiektu. W obozie pracował jako fleger, czyli sanitariusz szpitalny, a po pracy zdarzało mu się grywać w futbol z innymi więźniami (Borowski 1971: 222/223):

Raz stałem na bramce. Była niedziela, spory tłumek flegerów i podleczonych chorych otoczył boisko, ktoś po nim uganiał się za kimś i na pewno za piłką. Stałem na bramce – tyłem do rampy. Piłka poszła na aut i potoczyła się aż pod druty. Pobiegłem za nią. Podnosząc ją z ziemi, spojrzałem na rampę.

Na rampę zajechał właśnie pociąg. Z towarowych wagonów poczęli wysiadać ludzie i szli w kierunku lasku. (…) Pochód szedł wolno, dołączali do niego ciągle nowi ludzie z wagonów. Wreszcie się zatrzymał. Ludzie usiedli na trawie i patrzyli w naszą stronę. Wróciłem z piłką i wybiłem ją w pole. Przeszła od nogi do nogi i wróciła łukiem pod bramkę. Wybiłem ją na korner. Potoczyła się w trawę. Znów poszedłem po nią. I podnosząc z ziemi znieruchomiałem: rampa była pusta. Nie pozostał na niej ani jeden człowiek z barwnego, letniego tłumu. Wagony też odjechały. Widać było doskonale bloki FKL-u[1]. Pod drutami znów stali flegerzy i krzyczeli pozdrowienia dla dziewcząt, które z drugiej strony rampy odkrzykiwały im. Wróciłem z piłką i podałem na róg.

Między jednym a drugim kornerem za moimi plecami zagazowano trzy tysiące ludzi.

Poza wszystkim innym we fragmencie tym uderza zdanie: „Ludzie usiedli na trawie i patrzyli w naszą stronę”. Usytuowanie boiska przy rampie wyładowczej nie było przypadkowe. Widok ten miał stwarzać u nowo przybyłych więźniów wrażenie normalności w „obozie pracy”, do którego rzekomo przyjechali. Był to jeden z elementów maskarady wzmagającej efektywność nazistowskiego mechanizmu eksterminacji, rekwizyt mający uspokoić nieświadomych więźniów i skierować ich posłusznie dalej pod prysznice z gazem. Boisko piłkarskie pełniło tu zatem właściwie taką samą funkcję jak bramowy napis „Arbeit macht frei”.

Na potwierdzenie tej tezy można przytoczyć słowa Imre Kertesza, węgierskiego Żyda (późniejszego laureata literackiej Nagrody Nobla z 2002 roku), który trafił do obozu jako czternastoletni chłopiec. W autobiograficznej powieści Los utracony Kertesz wspomina swoje przybycie do Birkenau. Oto, co pomyślał stawiając pierwsze kroki w obozie, których celem był znajdujący się niedaleko rampy punkt dokonywania selekcji więźniów (Kertesz 2010):

To, co zobaczyłem w trakcie tej krótkiej drogi, całkowicie zyskało moją aprobatę. Zwłaszcza bardzo mnie ucieszyło boisko do piłki nożnej, na wielkiej łące zaraz po prawej ręce od szosy. Zielona murawa, niezbędne białe bramki, wymalowane na biało linie – wszystko tam było, kuszące, świeże, dobrze utrzymane, w największym porządku. Zaraz też powiedzieliśmy sobie z chłopakami: pogramy tu sobie po pracy.

Podobne „piłkarskie” pozory normalności stwarzano również w innych obozach. I to do tego stopnia, że w Gross-Rosen (dziś Rogoźnica, woj. dolnośląskie) odbywały się wręcz regularne rozgrywki w piłkę nożną (zob. Wieser 2003). O wydarzeniach tych przypomniało również ostatnio tamtejsze muzeum:

Film przygotowany na zlecenie Muzeum Gross-Rosen

Przy czym boisko w Birkenau nie służyło tylko i wyłącznie do stwarzania pozorów. Rozległą murawę, jak też konstrukcję bramek esesmani wykorzystywali również w inny sposób. W aktach procesu Adolfa Eichmanna (Jerozolima, 1961 rok, sesja 68) możemy przeczytać między innymi zeznania Josepha Zalmana Kleinmana. Wspomina on, że doktor Mengele wykorzystywał słupki bramek do zawieszania poprzeczek, pod którymi przepuszczano chłopców. Ci, którzy zdołali przejść pod poprzeczką bez schylania się, byli kierowani na jedną stronę boiska i następnie do komory gazowej, natomiast ci, którzy byli wyżsi, zajmowali drugą połowę boiska i pozostawali przy życiu.

Materiały filmowe z procesu A. Eichmanna, należące do Instytutu Yad Vashem i Izraelskiego Muzeum Państwowego. Od 45 do 53 minuty.

Wróćmy jednak do meczu z 1944 roku. Opisuje go Miklós Nyiszli (zob. tegoż 2000). Ten rumuński Żyd węgierskiego pochodzenia trafił do obozu w tym samym roku, wraz z całą swoją rodziną. Z uwagi na to, że był lekarzem sądowym oraz perfekcyjnie znał niemiecki (dzięki odbytym w ojczyźnie swych przyszłych prześladowców studiom), został zatrudniony przez doktora Mengele w roli pomocnika. Do obowiązków Nyiszliego należało przeprowadzanie sekcji zwłok oraz sprawowanie opieki lekarskiej nad ludźmi z obsługi komór gazowych i krematoriów. Jego pacjentami byli zarówno esesmani, jak i więźniowie z Sonderkommando. Reprezentacje jednych i drugich rozegrały wspomniany mecz, który Nyiszli opisuje następująco:

Sonderkommando przynosi przepisową futbolówkę. Ustawiają się dwie drużyny: SS kontra Sonderkommando. Po jednej stronie boiska stają strażnicy, a po drugiej więźniowie z Sonderkommanda. Kopią piłkę. Na podwórzu rozlega się głośny śmiech. Złożona z esesmanów i ludzi Sonderkommanda publiczność kibicuje i zachęca zawodników do gry, jakbyśmy znajdowali się na jakimś zwyczajnym boisku w małym miasteczku. Ze zdumieniem przyjmuję i to do wiadomości. Ale nie czekam zakończenia meczu, odchodzę do swojego pokoju. Spożywam kolację i połykam dwie tabletki luminalu 0,10. Spać, tylko spać. Jestem bliski kompletnego załamania. Zapaść się bez reszty w sen wywołany luminalem – to jedyny ratunek.

Na przykładzie tej sytuacji widać, jak wyrafinowaną psychologicznie postać przybrał nazistowski plan eksterminacji „wrogów” Rzeszy. Stosując odpowiednie zabiegi, esesmani byli w stanie nakłonić dużą część swych ofiar do niekiedy gorliwego współudziału w zbrodniach. Wiedzieli przy tym, że za pomocą samych gróźb i terroru nie osiągną pożądanej efektywności. O ile przydzielając więźniom z Sonderkommanda większe racje żywnościowe kupowali ich fizyczną sprawność do współpracy, o tyle grając z nimi w piłkę, zyskiwali coś jeszcze ważniejszego – kupowali ich dusze. Wydaje się bowiem, że mecze te miały na celu ostateczne przeciągnięcie kolaborantów z „szarej strefy” na stronę oprawców. A działo się tak dlatego, że zleceniodawcy grali z nimi tutaj jak równy z równym, dla wspólnej zabawy. Zawieszano zatem wtedy podstawową, definiującą wszystkich w obozie relację, czyli: wszechmocny prześladowca – zupełnie zniewolona ofiara. A ofiara, która pozwala na to, aby postawić ją na równi z oprawcą, przestaje być niewinna. Co więcej, w oczach innych ofiar zostaje skompromitowana i przez nie odrzucona. Człowiekowi takiemu nie pozostaje wówczas wiele więcej niż dalsza współpraca z prześladowcą, który tym chytrym posunięciem ograbia go już z ostatniej i być może dla więźnia obozu najważniejszej rzeczy, czyli poczucia moralnej przewagi.

Stąd też zapewne wynikał fakt, że jeżeli zdarzały się jakieś akty buntu ze strony członków Sonderkommanda, to miały one miejsce lub to w samym momencie wcielenia ich do takiego oddziału, lub też zaraz po tym fakcie. Bunty takie kończyły się, rzecz jasna, albo natychmiastowymi rozstrzelaniami (historia 400 Żydów z Korfu z 1944 roku czy też Sonderkommanda, które w październiku tego samego roku podjęło jedyną w historii obozu próbę buntu i walki), albo wyjątkowo bestialskim potraktowaniem buntowników „dla przykładu” (przypadki spalenia żywcem), albo samobójstwami (zob. Levi 2007: 66-67).

Etyczne okoliczności meczu piłkarskiego, wokół którego skupiają się nasze rozważania, analizował również Primo Levi, ocalały więzień obozu w Auschwitz, który zdołał przeżyć tylko dzięki temu, że zaangażowano go do pracy w laboratorium chemicznym. Opinię Leviego należy przytoczyć tym bardziej, że wydaje się, iż nikt tak jak on nie dostrzegł dramatu ocalałych, a zatem tego, co nazywali oni potem „wstydem niezasłużonego przeżycia”. Przy czym największą procentowo na to szansę – co potwierdzają fakty – mieli właśnie więźniowie z „szarej strefy” (Levi 2007: 62-63):

weteranów Sonderkommanda [naziści] traktowali inaczej, wyczuwali w nich w jakiejś mierze kolegów, już tak nieludzko zdeprawowanych jak oni sami, dzielących z nimi ten sam los, złączonych nikczemną więzią narzuconego im wspólnictwa. Nyiszli opowiada więc, że w czasie jednej z przerw w „pracy” odbył się na jego oczach mecz piłkarski między reprezentacją SS ze straży krematoryjnej a reprezentacją Oddziału Specjalnego; widzami byli inni żołnierze SS i reszta Sonderkommanda; kibicowali, robili zakłady, oklaskiwali i dopingowali graczy, jakby mecz nie odbywał się na terenie przedsionka do piekła, tylko na boisku zwykłego miasteczka.

Nic podobnego nigdy się nie zdarzyło (było to wręcz nie do pomyślenia!) z inną kategorią więźniów, ale z tamtymi „krukami z krematorium” esesmami mogli stanąć na boisku i grać jak równy z równym. W tle tego chwilowego zawieszenia słychać było szatański chichot: oto się dokonało, udało nam się, już nie jesteście tą inną rasą, tą antyrasą, głównym wrogiem tysiącletniej Rzeszy, już nie jesteście narodem, który odrzuca złote cielce. Objęliśmy was uściskiem, zdeprawowali, pociągnęli na dno razem ze sobą. Już jesteście tacy jak my. Wy także, jak my i jak Kain, zabiliście brata. Podejdźcie bliżej, możemy zagrać w piłkę.

Podsumowując, wydaje się, że organizacja obozowych meczów piłkarskich służyła esesmanom do osiągnięcia kilku naprawdę istotnych celów. Po pierwsze, stanowiły one część maskarady mającej nieco uspokoić nowo przybyłych więźniów. Po wtóre, były metodą na danie chwili zapomnienia w piłkarskich zmaganiach więźniom z „szarej strefy”, a jednocześnie przebiegłym sposobem na to, aby ich skompromitować i odciąć od innych ofiar. Po trzecie wreszcie — choć w tym wypadku był to prawdopodobnie wybieg bardziej podświadomy niż świadomy — stanowiły one dla nazistów sposób na uwolnienie się od jednostronnego poczucia winy za tę niewyobrażalną zbrodnię. Albowiem to właśnie wspólna gra w piłkę – jak sugeruje Primo Levi – należała do tych elementów obozowego życia, które miały uczynić nazistowską duszę wolną od brzemienia ponoszenia wyłącznej (niemieckiej, nazistowskiej) winy za zbrodnię.

Kończąc, przywołajmy jeszcze opinię Giorgio Agambena, autora jednej z najważniejszych prac na temat nazistowskich obozów koncentracyjnych, czyli Co zostaje z Auschwitz (Agamben 2008: 24/25):

Mecz ten mógłby się wydać jakimś przebłyskiem człowieczeństwa w bezmiarze potworności. Jednak dla mnie, podobnie jak dla świadków, właśnie ów mecz, ta krótka chwila normalności, stanowi przejaw prawdziwego obozowego okrucieństwa, pozwalając myśleć na chwilę, że rzezie dobiegły końca, nawet jeśli tu i ówdzie jeszcze do nich dochodzi, gdzieś nieopodal nas. Mecz ten jednak nigdy nie dobiegł końca, rozgrywa się nadal, bezustannie. Oto cała odwieczna tajemnica „szarej strefy”, nie znającej czasu, ani swojego miejsca. Oto źródło lęku i wstydu nękających ocalałych (…). Źródło również naszego własnego poczucia wstydu, dręczącego nas, którzy, mimo że nie zaznaliśmy obozowego życia, uczestniczymy w niepojęty sposób w owym meczu, rozgrywanym na naszych oczach na naszych stadionach, oglądanym na ekranach naszych telewizorów, stanowiącym nieodłączny element naszej codzienności i normalności. Jeśli nie zdołamy owego meczu pojąć, doprowadzić do jego zakończenia, nie pozostaje już żadna nadzieja.

Co ma na myśli Agamben, twierdząc, że mecz rozegrany w Auschwitz „wciąż trwa”? Wydaje się, że możemy tę uwagę odczytywać na co najmniej dwa sposoby. Po pierwsze, nie tylko faktyczni uczestnicy owego wydarzenia, lecz w ogóle wszyscy więźniowie z „szarej strefy”, którzy przeżyli obóz dzięki jakiejś formie współpracy z oprawcami, w sensie symbolicznym rozegrali z nimi właśnie taki mecz: zagrali o życie na zasadach podyktowanych przez zbrodniarzy i udało im się wygrać. Co więcej, z pamięcią o tym muszą żyć do końca swych dni. Weźmy choćby przywołanego wcześniej Primo Leviego. Zmarł on w 1987 roku i wszystko wskazuje na to, że była to śmierć samobójcza. Nie bez powodu Elie Wiesel stwierdził wtedy, że „Primo Levi zmarł po czterdziestu latach w Auschwitz”. Jeśli zaś chodzi o drugą, bardziej metaforyczną interpretację słów Agambena, to wydaje się, że mecz ten trwa wciąż „dla nas”, w tym sensie, że i my godzimy się na zawody w „szarej strefie”. Nie przeszkadza nam bowiem rywalizacja sportowa z państwami reżimowymi, w których również nierzadko dochodzi do zbrodni przeciw ludzkości. Nasi sportowcy rywalizują z przeciwnikami reprezentującymi Chiny czy Koreę Północną. Dla politycznej i ekonomicznej wygody zapominamy o tym, co dzieje się w tych krajach. Stając z nimi w sportowe szranki, politycznie legitymizujemy współczesnych oprawców, dajemy im wolną rękę do dalszych działań. Szczęśliwie robimy to jedynie celem konsumenckiej wygody, a nie celem przeżycia…

Jurek

BIBLIOGRAFIA:

Agamben Giorgio, Co zostaje z Auschwitz, tłum. S. Królak, Sic!, Warszawa 2008.

Borowski Tadeusz, Ludzie, którzy szli, w: tegoż, Opowiadania wybrane,  PIW, Warszawa 1971, ss. 222-235.

Kertesz Imre, Los utracony, tłum. K. Pisarska, W.A.B. 2010.

Levi Primo, Pogrążeni i ocaleni, tłum. S. Kasprzysiak, Kraków 2007.

Nyiszli Miklos, Byłem asystentem doktora Mengele, Oświęcim Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau, 2000.

Reklamy

1 komentarz

Filed under Jurek

One response to “Auschwitz `44

  1. Pingback: Futbol w Auschwitz | historia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s