Nudne biografie i prawdziwe historie piłkarskich bogów

Obrodziło ostatnio książkami na temat piłki nożnej. Wiadomo, Euro. Każdy chciał zarobić, wydawcy książek również. A że czasy dla czytelnictwa ciężkie, więc każda książka przeczytana, nawet o sporcie, cieszy.

Przeglądając niektóre z nich, dochodzę do wniosku, że ich przeczytanie zajmie ze dwa przystanki podróży komunikacją miejską. No dobra, dwa przystanki w czasie porannych korków. A to dlatego, że mają dużo obrazków, pięknych – to trzeba przyznać – zdjęć, za to niewiele tekstu. Tak, tak, niektóre z nich idą z duchem czasu i są po prostu częścią kultury obrazkowej. Taką książką jest przykładowo FC BARCELONA: Głos z szatni. To idealny prezent dla ośmiolatka, któremu nie chce się czytać. Zawiera cytaty największych gwiazd katalońskiego zespołu okraszone ich fotkami. Cytaty są różne, ale generalnie większość podniosła, powiedziałbym – wręcz patetyczna. Na przykład taki Sergio Busquets orzekł: „Trzeba wykorzystywać szanse, które dostaje się od życia”. A zawtórował mu Victor Valdes: „Jesteśmy DRUŻYNĄ, pisaną wielkimi literami”. Bramkarz Barcy ma rację, bo mowa rzeczywiście o wielkiej drużynie. Na boisku. Nie da się jednak ukryć, że niektóre z książkowych pozycji związanych z Barceloną ocierają się o straszliwy banał. Owszem, mowa tutaj o istotnych wartościach – szacunku odpowiedzialności etc. Ale czytając, czy raczej przeglądając, …Głos z szatni czy choćby Siłę marzeń. Tajemnicę sukcesu FC Barcelona autorstwa Alberta Puiga ma się wrażenie, że te pozycje wyszły spod ręki speców od wizerunku, którzy pilnują, aby nie upubliczniać żadnych kontrowersyjnych treści.

Być może tego uczą w szkółce La Masía – zjednoczenia indywidualistów w jedną całość, która potem funkcjonuje jak szwajcarski zegarek. Ale, na Boga, po kilku stronach odechciewa się dalszej lektury. Oto próbka możliwości piłkarzy Barcelony:

Sukces to osiągnięcie tego, co sobie postanowiłeś.

Gracz, który ma talent, jest pracowity oraz wie, co to poświęcenie, zawsze dotrze do celu.

Wygrywanie jest ważne, ale nie najważniejsze.

Trudniej jest utrzymać się na szczycie, niż się na niego wspiąć.

Z całym szacunkiem dla futbolowego talentu cytowanych graczy – są to sentencje na poziomie inteligentnego dziewięciolatka, który interesuje się sportem i zaznaje na podwórku porażek i zwycięstw w grze z kolegami.

Podobnie rzecz ma się z biografiami asów blaugrany: Xaviego, Messiego, Iniesty. Patrząc na ich grę, obcuje się z poezją futbolu. Są wspaniałym przykładem tego, że gdy zejdą się ze sobą talent i ciężka praca, sukces jest murowany. Tak, wiem, zabrzmiało to jak kolejny banał, ale takie są też ich książki. Każdą kolejną stronę przerzuca się coraz trudniej, sen opanowuje czytelnika, trudno opanować ziewanie. Tak, to prawda, że bramka Iniesty w 93 minucie meczu z Chelsea w sezonie 2008/2009 to był majstersztyk (nie wspominając o golu w finale World Cup rok później). Tak, to co zrobiła Barcelona z Manchesterem United w finale Champions League 2011, to był błysk, ba, nawet nie błysk, ale prawdziwy płomień geniuszu, doskonałość rozegrana na stadionie-legendzie. Ale wspomnienia gwiazd Blaugrany mogą zainteresować tylko fanatyków ich talentu. Do ich opowieści (czy raczej tego, co z ich opowieści zrobili znajomi dziennikarze) idealnie pasują słowa samego Andrésa: „Chcę być oceniany za to, co robię na murawie. Poza boiskiem wolę pozostawać niezauważony”. Ale biznes to biznes, w dobrym dla wspomnianych graczy czasie grzechem byłoby nie wykorzystać szansy na dodatkowy grosz. Na szczęście, w przypadku powyższym, jest to grosz w pełni zasłużony.

Nieco dziegciu w atmosferę „barcelońską” próbuje dodać inna wielka gwiazda, która spędziła krótką chwilę na Camp Nou. Zlatan Ibrahimovic w swojej biografii (Ja, Ibra) rozlicza się z czasem spędzonym w Katalonii. Kariery tam nie zrobił, w swojej książce wyjaśnia, dlaczego tak się stało; okazało się, że nie sprostał oczekiwaniom wkomponowania się w filozofię gry mistrzowskiej ekipy. Ibra męczył się, bo nie mógł być sobą. Nie jest typem gracza, który podporządkowuje się jakiejś idei, która może służyć całości, ale uniemożliwia mu świecenie w całej krasie. Ibra z lekceważeniem pisze o konieczności bycia konformistą w Barcelonie, o „grzecznych” piłkarzach:; Iniescie, Xavim i Messim. O tym, że Guardiola już na wstępie wybił mu z głowy „anarchizm” samochodowy, nakłaniając do podróżowania autem marki sponsora. Ibrahimovic kariery w Barcelonie nie zrobił, ale wątek konfliktu pomiędzy nim a Pepem Guardiolą nieco pobudza podczas lektury.

Z kolei biografia innej ikony współczesnego futbolu, Cristiano Ronaldo, jest taka jak jej tytuł – „obsesyjnie doskonała”. Trudne dzieciństwo, brak perspektyw na Maderze (jak gdyby faktycznie potwierdzone przez ostatnie kataklizmy żywiołowe w tamtym regionie), samotność na kontynencie, ciężka praca, która w połączeniu z talentem prowadzi do gwiazd. Droga usiana nie tylko cierniami, ale i kaloriami, bo młody CR7 musiał w Sportingu Lizbona nadrabiać zaległości żywieniowe – zgodnie z zaleceniami lekarzy i dietetyków jadł dwie zupy. Zapewne coś mu z tego zostało, ponieważ w kwestii dbałości o ciało ma bez wątpienia obsesję doskonałości. Historie Messiego i Ronaldo są do siebie na swój sposób podobne. Obaj musieli radzić sobie w oderwaniu od bliskich w nieznanym środowisku, w wieku, w którym dojrzewający chłopcy powinni mieć mocne rodzinne wsparcie. Messi miał ojca, ojciec Ronaldo borykał się jednak z alkoholem i z tego powodu zmarł. Ale w książce informacje o tym fakcie dozowane są skromnie; wiadomo, smutne wątki w sferze PR należy dozować akuratnie. Kto wie, może dążenie do doskonałości, obsesyjne dbanie o każdy szczegół w życiu Portugalczyka to pokłosie jego dziedzictwa DDA (dorosłego dziecka alkoholika). Tak daleka interpretacja może czytelników biografii zaszokować, bo przecież właściwie z jego książkowego życiorysu nic takiego nie wynika. No, nie wynika, bo, niestety, wielu rzeczy trzeba się samemu domyślać. Również tego, jaka będzie (jeśli będzie!) historia spisana przez gracza Realu na przykład za trzydzieści lat, gdy nie będzie miał nic do stracenia w zakresie wizerunkowym i być może uzna, że warto wyrzucić z siebie jakiś „syf”.

A jeżeli już o tym ostatnim mowa, to, Drodzy Czytelnicy, odłóżcie na kilka chwil biografie zagranicznych gwiazd i zajrzyjcie do Spalonego – historii polskiego piłkarza, Andrzeja Iwana.

Porównanie tych dwóch książek, a właściwie dwóch książkowych światów – świata polskich legend (Iwana, Smolarka, Deyny, Okońskiego) i świata współczesnych gwiazd z zagranicy (Messiego, Ronaldo, Ibrahimovica, Rooneya) skłania nas do analiz daleko bardziej zaawansowanych niż tylko sensacje, ploteczki, tajemnice, romanse i przekręty. To bowiem niezwykłe świadectwo tego, jak bardzo świat piłki nożnej się zmienił, jak bardzo jest on w tej chwili od „prozy” życia odległy.

Kiedy czytamy, ile wódki pili niegdyś piłkarze, jak niesportowo się prowadzili, a jednocześnie wciąż odnosili sukcesy, pozostaje tylko zapytać: co takiego się stało? Nie wydaje się raczej, by w latach 70. czy 80. gorzała lała się tylko w Polsce. Znamy przecież biograficzne tragedie Besta, Gerda Muellera czy Garrinchy. Ten ostatni pił właściwie od dzieciństwa, a w drodze do fatalnego finału (zapił się na śmierć, nie dożywając pięćdziesiątki) zdobył dla Brazylii dwa tytuły Mistrza Świata i ponad dwieście goli (245) dla Botafogo. Tak na marginesie, Messi dorobił się w Barcelonie osiągnięć bramkowych większych, ale wiadomo doskonale jak „chuchano” na niego od najmłodszych lat. Barcelona zapewniła mu leczenie hormonalne, kiedy nie było na nie szans w rodzimej Argentynie. Gdyby Garrincha miał tyle samo szczęścia do okoliczności socjalizacyjnych…

Biografię Garrinchy czyta się z wypiekami na twarzy, ale i – przynajmniej w moim przypadku – z zaciśniętym gardłem. To po prostu bardzo smutna opowieść, lapidarnie i jakże wymownie zawierająca się w tytule książki pióra Ruya Castro – Samotna gwiazda. Życie i śmierć wielkiego brazylijskiego piłkarza mogłyby spokojnie posłużyć jako  fabuła filmowa. Ile tam wątków: nieślubne dzieci, kolesie od kieliszka, wypadki po pijanemu, zachwyt publiki, magiczne zwody, a to wszystko oblane litrami, ba, hektolitrami alkoholu. Do życia Garrinchy wyjątkowo pasuje posłowie, które zawarł w swojej książce Andrzej Iwan:

Jeżeli byliście kiedyś w wesołym miasteczku, a na pewno byliście, wyobraźcie sobie największy możliwy roller-coaster. Z nieba aż do piekła, i nie do końca z powrotem. Tak właśnie wyglądało moje pieprzone życie. Roller-coaster bez pasów, pędzący po torach, które gwarantowały mnóstwo adrenaliny, ale w gruncie rzeczy prowadziły krętą drogą donikąd.

Tak jak Ronaldo i Messiego łączą pewne wspólne doświadczenia z dzieciństwa (a współcześnie zapewne rywalizacja w La Liga, podgrzewana zresztą na każdym stadionie i w każdej gazecie), tak i naszego piłkarza łączy coś z Garrinchą. Obaj przepili swoje kariery, obaj wybrali jazdę bez trzymanki, choć dla obu finał tej podróży był już nieco inny. Iwan przetrwał, choć nawet sam wyznaczył sobie kres, targając się (dwukrotnie) na własne życie. Brazylijczyk był – cynicznie mówiąc – bardziej metodyczny. Pił do momentu, w którym żaden cud ani przeznaczenie nie mogły mu już pomóc.

Ruy Castro opisuje ostatnie chwile życia brazylijskiego mistrza w szpitalu:

Garrincha pozostał sam pod wpływem środków uspokajających – gwiazda samotna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, pośród ogromu nocy. Całe wnętrze jego organizmu przeprowadzało rewolucję. Ten organizm nie nadawał się już do zrywów Szkarłatnego Kwiatu prawym skrzydłem, do nagłego hamowania z piskiem korków, do cyrkowych zakrętów, podczas których jego kości i muskuły wydawały się z gumy, ani do oddawania potężnych i precyzyjnych strzałów. Nie nadawał się też do tego, żeby czerpać przyjemność i dać ją wielu kobietom, które mógł jeszcze posiąść w życiu. Nie nadawał się nawet do tego, żeby przyjąć i przetrawić wszystkie te butelki, jakie jeszcze chciał wypić. Nie nadawał się już do niczego.

Tak, tak, to były inne czasy. Obu piłkarzy nikt za mordę nie trzymał. Nie było sztabu ludzi odpowiedzialnych za trening mentalny, dietę, menadżera i speców od umów reklamowych, w których interesie jest, by gwiazda dobrze się prowadziła. Groteskowo brzmią z dzisiejszego punktu widzenia fragmenty Spalonego, gdy trenerzy niewiele sobie robią z zapijaczonych futbolistów, a gdy próbują, słyszą: „Spierdalaj stąd!!!”. Dzisiaj wiele tak zwanych „czynników” jest zbyt dalece uzależnionych od formy piłkarskich bogów, by pozwolić im stoczyć się z panteonu. Oczywiście, sami piłkarze znajdują „luki” w tych biznesowo-medialnych „zasiekach”. Stąd wycieczki Wayne Rooneya do prostytutek, stąd romanse Ryana Giggsa z żoną własnego brata, stąd hazard i eskapady do dyskotek w stanie wskazującym. Walijczykowi, legendzie Manchesterowi United (mają mu postawić pomnik, który – nota bene – za osiągnięcia klubowe i piłkarską „długowieczność” bezsprzecznie mu się należy), można zarzucić hipokryzję. W książce bez żadnej żenady pozuje na męża i ojca bez skazy, publikując choćby zdjęcia swojej żony i pociech. W biografii ani słowa o „skoku w bok” (choć w przypadku Giggsa mowa o długoletniej karierze w „skakaniu”). Lepiej przejrzeć bulwarówki lub – jak to w przypadku książki Walijczyka Moje życie. Moja historia – przeczytać komentarz tłumacza i jednocześnie dziennikarza, Michała Pola, zawartego jako postscriptum. Tylko dzięki temu dowiemy się o wybrykach Giggsa, czego skutkiem była odmowa przyznania mu tytułu szlacheckiego. Co jak co, ale „sir” przed nazwiskiem do czegoś zobowiązuje.

Fakt, że biografie współczesnych piłkarzy są tak „wyczyszczone” z krępujących danych, czyni je pozycjami nie tylko błahymi, mdłymi, zestandaryzowanymi, ale przede wszystkim stwarzającymi fałszywy obraz danej osoby. Ta okoliczność wiele też mówi o „sterylności” współczesnej piłki. Ale tak działa współczesna machina napędzająca futbol. Piłkarze, którzy dopuszczają się niemoralnych występków (francuscy piłkarze korzystający z nieletniej prostytutki, i tak dalej, i tym podobne…), mają za swoimi plecami speców od „wygładzania” wizerunków. Ten fakt czyni z piłkarzy istoty zamknięte w wizerunkowym areszcie, w którym wprawdzie niewiele mają swobody, ale na pocieszenie pozostaje im fakt, że dóbr luksusowych dla nich nie zabraknie. Wybryki niektórych z nich, tak skrzętnie tuszowanie w biografiach, są po prostu próbą „wyjścia na wolność”. Pamiętajmy, że pieniądze, bardzo duże pieniądze, plus „przyjaciele”, a przede wszystkim kobiety, bardzo dużo kobiet, to mieszanka iście diabelska, trudna do przezwyciężenia zwłaszcza dla młodociana, który z nizin drabiny społecznej wstępuje na sam szczyt.

Garrincha, Deyna, Iwan, Okoński, a z drugiej strony Ronaldo, Messi, Rooney, Giggs. Dzielą ich czasy, ale łączy kult i popularność wśród milionów. Raj, który niekiedy okazuje się piekłem.

Kossakowski

Advertisements

1 komentarz

Filed under Kossakowski

One response to “Nudne biografie i prawdziwe historie piłkarskich bogów

  1. Ze wszystkich ostatnich książek najlepsza wydaje się „Spalony” Andrzeja Iwana, a także uaktualniona wersja „Deyny” Stefana Szczepłka. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s