XI muza. Futbol jako dzieło sztuki

Piłkarskie starcie może stać się dziełem sztuki. To nie metafora — futbol potrafi wywołać dokładnie te same, choć często bardziej intensywne, emocje, jakie towarzyszą wydarzeniu artystycznemu. Poczet muz domaga się uzupełnienia, nie tylko o dziesiątą muzę kina, ale i jedenastą — muzę futbolu.

Było lato 1986 roku, napęczniałe upałem, tak mi się przynajmniej wydaje. Pamięć nie jest bowiem naszą najmocniejszą stroną, czas się nam wymyka, zostaje nam po nim niewiele — mała kupka okruchów, z której budujemy przeszłość. Mój świat, świat siedmiolatka, ograniczał się do niewielkiego podwórka, zarośniętej resztki sadu za domem i ulicy, którą można było spokojnie traktować jak plac zabaw, bo samochód był na niej nie lada wydarzeniem. Nie słyszałem wtedy ani o Dostojewskim, ani Tołstoju, ani Nietzschem. Podejrzewam, że nie znałem nawet słowa „literatura”. Na pewno nie miałem pojęcia o istnieniu dziewięciu muz, tym bardziej zaś o kontrowersjach dotyczących ich pochodzenia. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że wedle Homera były one potomstwem Zeusa i Mnemosyne, a zdaniem Hezjoda narodziły się ze związku Matki Ziemi i Powietrza. Również ich imiona — Eurato, Euterpe, Kaliope czy Terpsychora –musiałyby kojarzyć mi się co najwyżej z jakimiś tajemniczymi zaklęciami. I właśnie wtedy, pierwszy raz w życiu, przydarzyło mi się TO — oczarowanie pięknem.

Musiałem oglądać retransmisję, bo mecze na meksykańskim mundialu rozgrywane były w nocy czasu środkowoeuropejskiego, a mnie uparcie trzyma się obraz nieskalanego błękitu za oknem i lepkiego, rozedrganego spiekotą powietrza pełnego ogłupiałych owadów. Nie chcę tego sprawdzać; wystarczy, że zdradzam swą przeszłość, oglądając ów mecz na You Tube, oczywiście w kolorze. Tymczasem moje objawienie było czarno-białe, prawdopodobnie niewyraźne, bo już wtedy nasz telewizor, obudowany imitującą drewno sklejką, należał do osobliwości. Tego dnia stało się coś, czego nie rozumiałem, czego nie rozumiem zresztą do dziś — na murawie o kolorze popiołu kilka jaśniejszych, powiedzmy jasnoszarych postaci biegało między postaciami ciemniejszymi, a ja nie mogłem, naprawdę nie mogłem, oderwać od nich oczu. Ćwierćfinał Brazylia — Francja nie był z pewnością pierwszym meczem, który oglądałem, lecz właśnie podczas tego spotkania coś się ze mną stało — usłyszałem futbolową muzykę sfer.

Później to obezwładnienie elegancją, harmonią i pięknem przytrafiało mi się wielokrotnie — przy okazji lektury niektórych książek, słuchania muzyki, niekiedy nawet, choć znacznie rzadziej, przy okazji wizyt w muzeum lub kinie. Nie jestem jednak pewien, czy kiedykolwiek uczucia te były równie intensywne, jak podczas oglądania futbolowego arcydzieła, które latem 1986 roku stworzyli Junior, Sokrates, Falcao, Zico po jednej stronie oraz Platini, Giresse, Tigana i Fernandez po drugiej. I podczas innych fenomenalnych meczów, które zdarzyło mi się widzieć od tego czasu.

Dlatego uważam, że piłkarskie starcie może stać się dziełem sztuki. To nie żadna metafora — futbol potrafi wywołać dokładnie te same, choć często bardziej intensywne, emocje, jakie towarzyszą wydarzeniu artystycznemu. Poczet muz domaga się uzupełnienia, nie tylko o dziesiątą muzę kina, ale i jedenastą — muzę futbolu.

Jasne, futbolowe arcydzieła zdarzają się sporadycznie. Ale dokładnie tak dzieje się też w innych dziedzinach artystycznych. Idąc na koncert albo na mecz, można mieć tylko nadzieję, że coś się wydarzy, że będziemy mieli szczęście i staniemy się świadkami czegoś niezwykłego. Ale pewności nie mamy żadnej — ani najlepsi muzycy, ani najlepsi piłkarze nie gwarantują, że z wieczoru zapamiętamy cokolwiek ponad techniczną biegłość i doskonale zgranie.

Bo futbol swoją naturą najbardziej przypomina właśnie muzykę. Koncert i mecz piłkarski to wydarzenia pokrewne, których improwizacyjny charakter sprawia, że nic nie da się tu do końca zaplanować. Pisarze, malarze, reżyserzy wypuszczają w świat produkty swego namysłu, inteligencji oraz natchnienia i rozstają się z nimi — to, co się potem dzieje, zależy bardziej od świata niż od twórców. Tymczasem piłkarze, tak jak muzycy, za każdym razem tworzą od nowa, w konfrontacji albo zespoleniu z publicznością, której reakcje często decydują o randze spektaklu. Futbol i muzykę łączy jeszcze jedna analogia — zespół to całość, która jest czymś więcej niż tylko sumą składających się nań elementów. A ta nieprzewidziana „wartość naddana” to właśnie sztuka.

Jakby nie było, greckie muzy patronowały wszelkiej ludzkiej twórczości, od poezji lirycznej, przez historię, po astronomię i geometrię. A pojęcia poiesis i techne, za pomocą których starożytni Grecy opisywali ludzką kreatywność, są ze sobą ściśle związane: poiesis to nie tylko natchnienie, techne zaś, jak o tym pisze Tischner w Filozofii dramatu, „nie jest nazwaniem czynności i umiejętności wyłącznie rękodzielniczych, lecz również wysokiej sztuki i sztuk pięknych. Techne należy do wy-dobywania, do poiesis; jest czymś poetyckim”. W sztuce — tak, również w futbolu — techne i poiesis są ze sobą nieodwracalnie splecione.

Według Wittgensteina sztukę można traktować jedynie jako pewną „rodzinę zjawisk”, a Morris Weitz, autor wydanej w 1956 roku Roli teorii w estetyce (The Role of Theory in Aesthetics), zauważył, że próba stworzenia definicji dzieła sztuki nie może się powieść, nie ma bowiem zamkniętego zbioru cech, który by je określał, i nie ma jakiegoś jednego subiektywnego doznania, które towarzyszyłoby zjawiskom artystycznym. Jeśli zatem do rangi dzieła sztuki może pretendować pisuar Duchampa i inne objets trouvés, jeśli w muzeach mogą znajdować się obrazy malowane przez zwierzęta, jeśli utwór 4’33 Cage’a, cztery minuty ciszy, był wydarzeniem artystycznym, to nie ma najmniejszego powodu, by odmawiać tej zasługi piłce nożnej. Bo futbol w swych szczytowych momentach wymaga nie mniejszej kreatywności, inteligencji, talentu, a niekiedy po prostu geniuszu, niż inne działania artystyczne.

Maria Gołaszewska w Świadomości piękna zauważa, że pod wpływem obcowania z dziełem sztuki w człowieka uderza „wspaniałość i harmonia, różnorodność i jednolitość — coś, co przerasta jego oczekiwania, a zarazem zaspokaja najgłębsze tęsknoty za tym, co doskonałe”. Lew Tołstoj za najważniejszą cechę sztuki uznawał jej zdolność do zarażania się uczuciami innych ludzi, a Paul Valery mówił, że wielka sztuka angażuje człowieka bez reszty. Czy nie to właśnie zdarza się nam podczas niektórych meczów? To, co w futbolu najważniejsze — zwarcie talentu, siły, determinacji, pragnienia, a nade wszystko zderzenie człowieka z przypadkiem — sprawia, że mecz kreuje własną rzeczywistość, samoistną, rządzącą się swoimi wewnętrznymi prawami, przez dwie godziny wyrzucającą nas poza nawias codzienności. A jeśli dzieło sztuki może być metaforycznym skrótem, dawać nam wgląd w zakryte warstwy rzeczywistości lub po prostu sprawiać, że dostrzegamy zjawiska wcześniej umykające naszej uwadze, to historia futbolu pełna jest momentów, które stają się miniaturą losu z całą jego nieprzewidywalnością, niesprawiedliwością, przewrotnością, ale też — niekiedy — wzniosłością.

Romantyzm skaził naszą kulturę widmem sztuki tworzonej przez rozegzaltowanego, wyalienowanego z rzeczywistości, przebywającego gdzieś w stratosferze metafizycznych doznań artysty, zbyt nieludzkiego, by mogli go zrozumieć niewtajemniczeni. Tymczasem futbol jest urzeczywistnieniem wielkiej dwudziestowiecznej utopii artystycznej — sztuki dla mas. Nie przypadkiem piłka nożna od początku swego istnienia inspirowała artystów, którzy dostrzegali w nim społeczny i kulturowy fenomen. Ruchy awangardowe pierwszej połowy XX w. widziały w piłce nożnej jedną z form ekspresji mas, tego wynalazku współczesności. Futuryści, dadaiści czy konstruktywiści dążyli do tego, by sztuka trafiała do jak najszerszego kręgu odbiorców, by współtworzyła nową rzeczywistość, choćby przez nawiązanie do charakterystycznych dla niej zjawisk, np. sportu.

Ostatnie słowo w tej dyskusji jest jednak słowem wtajemniczonego. Bo „kto nie zna uczucia, jakie ogarnia jestestwo ludzkie, gdy piłka siądzie na podbiciu i po chwili zatrzepocze w siatce obok rozpaczliwie interweniującego bramkarza, ten może i jest człowiekiem. Ale częściowym. Ani świata, ani drugiego człowieka w pełni nie zrozumie nigdy”. Racja, Panie Pilch, piękna racja.

Krzymianowski

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Krzymianowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s