Co zawdzięczam futbolowi

Poniżej publikujemy pierwsze polskie tłumaczenie eseju Alberta Camusa pt. `Ce que je dois au football`, który ukazał się 17 grudnia 1957 roku w tygodniku „France Football”, tuż po otrzymaniu przez autora literackiej Nagrody Nobla. Celem zapoznania się z okolicznościami napisania tego eseju oraz fascynacją Camusa futbolem zapraszamy tutaj. Jeśli zaś chodzi o czytelny tekst francuskiego oryginału, to dostępny jest on tutaj. Z francuskiego tekst przetłumaczyli: Anna Ciarkowska i Adam Jurek.

France Football, 17.12.1957

Tak, grałem przez kilka lat w piłkę na Uniwersytecie w Algierze. Wciąż wydaje mi się jakby to było wczoraj. Kiedy jednak w 1940 roku ponownie założyłem piłkarskie buty, zdałem sobie sprawę, że minęło znacznie więcej czasu. Pod koniec pierwszej połowy biegałem z wywieszonym językiem niczym owczarki atlaskie, które można spotkać o drugiej po południu w Tizi-Ouzou. W piłkę nożną grałem od dawna, począwszy od – jak mi się wydaje – 1928 roku. Zadebiutowałem w klubie sportowym Montpensier. Bóg raczy wiedzieć, dlaczego tak się stało, mieszkałem przecież w Belcourt, a drużyną Belcourt-Mustapha była Galia-Sports. Sęk chyba w tym, że miałem przyjaciela, zarośniętego faceta, który pływał ze mną w porcie; grał też w piłkę wodną w Montpensier. Oto jak zdeterminowane przez przypadek bywa nasze życie.

Montpensier, bez żadnego powodu, grało często na placu manewrowym. Boisko było tam bardziej poorane niż golenie środkowych napastników, którzy przyjeżdżali z drużyną gości na Alenda Stadium w Oranie. Szybko nauczyłem się, że piłka nigdy nie trafia do ciebie z tej strony, z której się jej spodziewasz. Ta wiedza przydała mi się potem w życiu, zwłaszcza w samej Francji, gdzie ludzie najczęściej nie są tacy za jakich się podają.

Po roku spędzonym na wybojach Montpensier zawstydzono mnie w mojej szkole: „człowiek uniwersytecki” powinien grać dla Uniwersytetu Algierskiego, czyli w R.U.A. Wtedy też zarośnięty kolega zniknął z mojego życia. Nie pokłóciliśmy się, po prostu zaczął wtedy pływać w brudnych wodach Padovani. Przyczyna jego działań też nie była zresztą czysta. Osobiście uważałem tę „przyczynę” za wyjątkowo uroczą, niemniej jednak nie potrafiła dobrze tańczyć, co, według mnie, jest u kobiety niewybaczalne. To mężczyzna zwykle depcze po palcach, czyż nie? Z zarośniętym kumplem po prostu obiecaliśmy sobie, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Mijały lata… Później zdarzało mi się bywać w restauracji w Padovani (z zupełnie „czystych” motywów), ale zarośnięty facet poślubił już tę swoją paralityczkę, która zapewne – jak to zwykle bywa – zakazała mu dalszych kąpieli.

Drużyna R.U.A., Albert Camus w stroju bramkarskim

Na czym to skończyłem? A tak, R.U.A. Chętnie do nich dołączyłem, gra w piłkę była dla mnie najważniejsza. Czekałem niecierpliwie od niedzieli do czwartku na trening i od czwartku do niedzieli na mecz. W ten sposób przystałem do chłopaków z uniwersytetu. Oto ja – bramkarz drużyny juniorskiej. Tak, wszystko to wydawało się całkiem proste. Przy czym nie zdawałem sobie jeszcze wówczas sprawy, że właśnie zadzierzgnąłem więź, która przetrwa lata, więź łączącą każdy stadion w departamencie, więź, która tak naprawdę nigdy nie zostanie zerwana. Nie wiedziałem też wtedy, że dwadzieścia lat później, jedno słowo o R.U.A. wypowiedziane przez znajomego na jakiejś uliczce w Paryżu czy Buenos Aires (tak, przydarzyło mi się to) sprawi, że moje serce będzie biło jak oszalałe.

A skoro już dzielę się tu sekretami, to mogę też wyznać, że w Paryżu chodzę oglądać mecze klubu Racing Club de Paris, któremu kibicuję tylko i wyłącznie dlatego, że posiada takie same koszulki piłkarskie jak R.U.A. – w białe i niebieskie pasy. Racing cechuje się zresztą takimi samymi dziwactwami jak R.U.A. Klub ten gra, jak to się mówi, „podręcznikowo” i podręcznikowo przegrywa te mecze, które powinien wygrać. Wydaje się jednak, że – przynajmniej jeśli chodzi o R.U.A. – niebawem ulegnie to zmianie (tak mi donoszą z Algieru). Faktycznie, to powinno się zmienić, oby tylko nie za bardzo. W końcu pokochałem swoją drużynę nie tylko z powodu radości ze zwycięstw, tym wspanialszych, że poprzedzonych ogromnym wysiłkiem i zmęczeniem, ale i ze względu na głupie pragnienie rozpaczania po porażkach.

Przede mną, w obronie, grał „Wielki” – Raymond Couard. Z tego co pamiętam, musiał się wtedy nieźle napracować.Graliśmy ostro. Studenci, dzielni synowie swoich ojców, nie oszczędzali się. Byliśmy biedni i to w każdym sensie tego słowa, bo większość z nas nie miała grosza przy duszy. Musieliśmy stawić temu czoła. Musieliśmy grać zarówno „z duchem sportu”, ponieważ była to naczelna zasada R.U.A., jak również „zaciekle”, gdyż – koniec końców – byliśmy przecież mężczyznami. Trudno tu było o kompromis! Dziś wiele się pod tym względem nie zmieniło, co do tego nie mam wątpliwości.

Naszym najtrudniejszym rywalem był klub Olympic Hussein Dey. Ich stadion znajduje się obok cmentarza. Bezlitośnie uświadamiali nam, że możemy tam łatwo trafić. Ja, biedny bramkarz, byłem niemal torturowany i zapewne cierpiałbym jeszcze bardziej, gdyby nie Roger[1]. Był też Boufarik, wielki środkowy napastnik (nazywaliśmy go Arbuzem), który regularnie lądował swoim wielkim ciałem na moich plecach, nie wspominając już o pozostałych pozycjach, jakie miał w repertuarze, czyli: masażu piszczeli butami, pociąganiu za koszulkę, wbijaniu kolan w różne części ciała, czy też rozmaślaniu mnie na słupku. Krótko mówiąc: to był koszmar. Za każdym razem Arbuz przepraszał mnie z franciszkańskim uśmiechem, mówiąc: „Wybacz, synku”.

Tu powinienem się zatrzymać, przekroczyłem już bowiem przeznaczoną mi długość tekstu. I teraz się rozklejam… Nawet Arbuz był przecież dobry, co więcej, bądźmy szczerzy, odpłacaliśmy mu taką samą grą. Oczywiście, tak jak nas uczono, czyli bez oszukiwania. Ale teraz kończę już z żartobliwym tonem. Prawda jest bowiem taka, że po tych wszystkich latach najróżniejszych życiowych doświadczeń mogę powiedzieć jedno: to, co na dłuższą metę wiem na temat moralności oraz obowiązków człowieka, zawdzięczam sportowi. Nauczyłem się tego dzięki R.U.A. Dlatego też, krótko mówiąc, R.U.A. nie może zginąć. Zachowajcie je dla nas. Pozwólcie nam zachować ten wielki i dobry obraz naszej młodości, który będzie czuwał również nad wami.

Camus


[1] Prawdopodobnie Camus popełnił tu lapsus słowny i chodziło mu o wspomnianego wyżej Raymonda (przyp. tłum.).

Krótki wywiad z Albertem Camusem podczas meczu Racing Club de Paris – Monaco
Advertisements

1 komentarz

Filed under Jurek, Występy gościnne

One response to “Co zawdzięczam futbolowi

  1. Pingback: Sam na sam z Camusem | zglowki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s