Krótka historia choroby. O futbolu i innych demonach

Wypożyczony z „Literatek” Krzysztof Cieślik odważnie i z pasją – pozornie o Futbolowej gorączce Nicka Hornby’ego, tak naprawdę jednak o najwspanialszej grze świata i towarzyszącym jej emocjach.

 

„Zakochałem się w piłce nożnej tak, jak później zakochiwałem się w kobietach: nagle, niewytłumaczalnie, bezkrytycznie, nie myśląc o bólu ani kłopotach, jakie będą temu towarzyszyły”. Tak brzmi pierwsze zdanie Futbolowej gorączki, najlepszej książki o piłce nożnej, jaka kiedykolwiek powstała. Być może kiedyś narodzi się nowy Joyce i jakiś „późny wnuk” Prousta nie będzie mógł usnąć bez matczynego pocałunku, ale pisanie o futbolu po Hornbym jest właściwie niemożliwe. Anglik powiedział wszystko.

„W trakcie meczów jestem jedenastolatkiem”, czyli „był sobie chłopiec”

Nie będę opowiadał o mistrzu pop-literatury ani o Arsenalu Londyn, choć to rzecz o nim i o Kanonierach właśnie. Kiedy Hornby pisał swoje arcydzieło, Arsenal grał jeszcze na Highbury. Dziś nie ma już Highbury ani trybuny North Bank, z której podziwiał Brady’ego, Rixa i George’a, a londyński klub dawno przestał być najnudniejszą drużyną w historii. Każdy rozdział Futbolowej gorączki – prawdziwego ogrodu o rozwidlających się ścieżkach – mógłby stać się kanwą sporych rozmiarów eseju, więc dotknę (a właściwie musnę) tylko kilku tematów. Opowiem krótko o tym, czym jest piłka nożna dla mnie. Ale ta opowieść to w gruncie rzeczy narracja również o brytyjskim pisarzu i w ogóle o większości z nas, czyli o tych, którzy czekają na „Match of the Day” albo „Super Piątek”, o tych, dla których sobotni mecz z Czechami – jeśli tylko nie mają w tym momencie naprawdę poważnych problemów –  jest teraz najważniejszą sprawą na świecie, o tych, którzy strzelili kiedyś gola z woleja w okienko i przez chwilę czuli, że są jak Zidane w finale Ligi Mistrzów z Leverkusen, o tych, dla których przez mniej więcej 110 minut od pierwszego gwizdka nie istnieje nic poza tym, co wydarza się na murawie.

To historia ośmiolatka, który nie mógł znieść nieudolności reprezentacji Polski w meczu z San Marino i wyszedł na podwórko, żeby kopać w bramę. Nie widział na żywo gola ręką Jana Furtoka, ale do dziś na samą myśl o tym spotkaniu czuje zażenowanie. To opowieść chłopca, który poszedł do szkoły z piłką pod pachą, ale zapomniał tornistra, i który we wtorek miał łzy w oczach, gdy Kuba Błaszczykowski trafiał do bramki Rosjan. Bo przecież wciąż jestem nim. Nic się nie zmieniłem. Wciąż biegnę za piłeczką tenisową na dużej przerwie. Wciąż każdy rok zaczyna się dla mnie w sierpniu i kończy w maju, chyba że – tak jak teraz – trwają Mistrzostwa Europy albo Mundial. Mój rok przestępny wypada co dwa lata i trwa o ponad miesiąc dłużej niż ten bez mistrzostw.

„To ja byłem Arsenalem”

Opowieść Nicka Hornby’ego jest moją opowieścią, mimo że dla autora Był sobie chłopiec wszystkie ważne wydarzenia w życiu wiążą się z futbolem, a dla mnie chyba jednak nie. Ale co to w ogóle znaczy być kibicem? Czy to znaczy wspominać karnego Baggio z finału w 1994 roku albo znać na pamięć cały skład reprezentacji Niemiec z mundialu we Włoszech? Czy to znaczy wiedzieć, kim był Pat Bonner albo zastanawiać się, w jaki sposób padła jedyna bramka w meczu juniorów Jedności Tuczno z Koroną Człopa? Nie wiem, ale wydaje mi się, że być kibicem, to znaczy tworzyć wspólnotę ludzi samotnych (i ta definicja, jak każda inna, z góry skazana jest na niepełność). Kiedy w sobotę rozpocznie się mecz, to ja będę Damienem Perquisem, jego złamana ręka będzie moją ręką, a dziura w nodze nie przeszkodzi mi w grze. Jeśli zwyciężymy, to dlatego, że włożę t-shirt zamiast koszuli, która przyniosła nam dwa remisy. Jeśli odpadniemy, będę miał pretensje do całego świata, a największe do samego siebie. Oddałbym – o tym, tj. o transakcjach zawieranych z kimś, kogo można by nazwać Bogiem Futbolu, także Hornby wspomina, bo to przecież futbolowe dzieło totalne – wszystkie książki, których nie napisałem, za medal w Mistrzostwach Europy i za to, żeby wreszcie nikt już nie wspominał o „Orłach Górskiego” (prawie bym napisał „ograch”, panie Freud). Oddałbym wszystkie powieści Faulknera, nawet Wściekłość i wrzask, za awans do ćwierćfinału.

Futbol, czyli związek

Czym jest futbol? Co to takiego? Na czym polega jego fenomen? Przecież „naturalny stan kibica to gorzkie rozczarowanie, niezależnie od wyniku meczu”. Po co w takim razie mielibyśmy bezustannie sprawiać sobie przykrość? Czy ma jakikolwiek sens oglądanie, dajmy na to, meczów ŁKS-u, skoro wiadomo, że to najsłabszy klub w lidze i że nic dobrego z tego nie będzie? Nie odpowiem na te pytania, bo nie wiem, jak na nie odpowiedzieć. Ale gdy wychodzę z domu dwie godziny przed meczem i docieram do Placu Bankowego, to wiem, że uczestniczę w czymś wyjątkowym. Czy – w skali makro – istnieją dziś rzeczy, które poruszają ludzi bardziej od futbolu? Gdy przechodzę przez Park Saski, myślę, że jest ich niewiele. Może polityka? Może świat celebrytów? Kiedy z Królewskiej trafiam na Krakowskie Przedmieście, jestem pewien, że w ostatnich latach Polaków poruszyły tylko trzy wydarzenia: śmierć Jana Pawła II, katastrofa Tu-154 i Mistrzostwa Europy. Choć jestem w pełni świadom niestosowności tego zestawienia, to przecież trudno z nim polemizować. Hornby napisał, że futbol to tylko gra, ale stwierdził też, że nic poza nim nie ma znaczenia. Cóż, to właśnie piłka nożna: wszystko i nic zarazem.

Z pierwszej lektury Futbolowej gorączki najbardziej utkwiły mi w głowie dwie rzeczy. Po pierwsze, anegdota o cukrowych myszkach (ta książka skrzy się humorem i autoironią!; ten tekst jest do niej zupełnie niepodobny), po drugie, jedna krótka fraza na temat mężczyzn: „mamy pasje zamiast osobowości”. Porównania futbolu do związku pojawiają się tu często. I choć Hornby próbuje od tego uciec, to jednak cała książka – trochę w tym miejscu upraszczam – zbudowana jest na zestawieniu relacji damsko-męskich z relacjami klubowo-kibicowskimi. W obu wypadkach możliwe są bolesne rozstania i pokorne powroty, ale tylko w drugim niemożliwa jest zdrada.

„Przez jakiś czas pragnąłem, aby piłkarze byli jak najmniej piłkarscy”, czyli intelektualiści w służbie piłki albo fides contra intellectum

Piłka nie potrzebuje nobilitacji ze strony klasy średniej czy intelektualistów. Przypominać, że futbolem interesowali się – albo, jak ostatni z wymienionych, wciąż się nim interesują – Camus, Nabokov albo Rushdie, to mniej więcej tak, jak chwalić się tym, że ma się fajnych (sławnych) znajomych. Piłka to jeden z najwspanialszych wytworów naszej kultury, co nie znaczy, że wszystko, co z nią związane, jest doskonałe. Dziś jest bardziej skomercjalizowana niż w 1992 roku, kiedy Hornby pisał Futbolową gorączkę. Niemal zawsze wiązała się z nią przemoc, choć – co trzeba podkreślić – ci, którzy dążą tylko do niej, stanowią zdecydowaną mniejszość. Większość z nas chce jedynie obejrzeć mecz, doświadczyć wspólnoty, przejść na drugą stronę lustra, w „odmienną wersję świata”. Niektórzy kontemplują piękno rajdów Messiego, inni podziwiają precyzję Cristiano Ronaldo, a jeszcze inni idą na mecz Jedności Tuczno w okręgówce. Tego ostatniego wytłumaczyć się nie da, ale taki właśnie jest los kibica. Nieważne, czy skończył Cambridge (jak Hornby), czy nie. Nieważne, w co wierzy i kogo podziwia.

„Przez niepokojąco spore fragmenty przeciętnego dnia jestem debilem”. Nie tylko ty, Nick. Nie martw się, to nic strasznego. Przecież niedługo zacznie się nowy sezon i Arsenal wróci do gry. A ciebie znów dotknie to, co nazwałeś fever pitch. Ja myślę już jedynie o sobocie i głupio wyobrażam sobie, że zwycięstwo z Czechami uczyni nas trochę lepszymi ludźmi. Wyjdziemy z grupy, zrzucimy „płaszcz Konrada”, uwierzymy, że nie jesteśmy skazani na piękne katastrofy.

Krzysztof Cieślik

1. Nie piszę o jakości literackiej Futbolowej gorączki. Dla mnie to rzecz, która sytuuje się „poza dobrem i złem”, to platoński ideał książki o piłce nożnej, który zwykłej krytyce nie podlega.

2. Hornby pisze m.in. o dojrzewaniu, relacjach damsko-męskich, relacjach rodzinnych (stadion Arsenalu pozwolił też Hornby’emu pogodzić się z ojcem, który zostawił matkę pisarza, gdy ten był nastolatkiem), Marshallu McLuhanie, punk rocku. Jest przy tym niezwykle dowcipny i autoironiczny (to jedna z najzabawniejszych książek, jakie czytałem w życiu, ale trzeba dodać, że jest ona zabawna w podobny sposób co Paragraf 22, tzn. błyskotliwemu poczuciu humoru towarzyszy nieodłącznie swego rodzaju – inny od Hellerowskiego, być może nie tak przejmujący – tragizm).

3. Nie wspomniałem o kiepskim przekładzie. Cieszę się, że książkę wznowiono, ale warto by też poprosić kogoś, kto trochę zna angielską popkulturę (i kulturę piłkarską, oczywiście) o jego gruntowną korektę. Czytanie o menadżerze Burnley’u (zamiast menadżerze klubu Burnley) czy o „kampanii promocyjnej” (kalka, w języku polskim nazywa się to „walką o awans”) może irytować albo w ogóle do książki zniechęcić.

Nick Hornby, Futbolowa gorączka, przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Zysk i S-ka, Poznań 2012.

Advertisements

Dodaj komentarz

Filed under Występy gościnne

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s