Sam na sam z Camusem

W 1957 roku miała miejsce rzadka w kulturze Zachodu sytuacja. Oto bowiem jeden z największych humanistów w historii tej kultury uzyskał możliwość zarazem pochlebnego i zupełnie bezkarnego wypowiedzenia się na temat piłki nożnej, czyli rozrywki uznawanej przez znakomitą większość intelektualistów za — nie ma co ukrywać — prostacką i niewartą większej uwagi.

Drużyna Racing Universitaire d’Alger
Albert Camus w pierwszym rzędzie w stroju bramkarskim

Humanistą tym był Albert Camus, a okazję do tego stworzyła przyznana mu dopiero co  literacka Nagroda Nobla. Zaznaczmy przy tym, że z samego faktu otrzymania tej nagrody Camus był mocno niezadowolony, unikał bowiem takich splendorów, niewiele wartych dla filozofa-egzystencjalisty. Wszelkie wyróżnienia, jakie otrzymywał, budziły w nim jedynie — jak to nazywał — „smutek powodzenia”. Nie zmienia to jednak faktu, że zaczęto go wówczas traktować jak mędrca i — co za tym idzie — pytano o opinie odnośnie bardzo różnych tematów.

Szczęśliwie dla nas jednym z tych tematów była właśnie piłka nożna, zainteresowania którą Camus nigdy się nie wstydził. Dlatego też redaktor naczelny „France Football” poprosił go o napisanie eseju. Świeżo ogłoszony laureat zajęty był jednak w tym czasie różnymi „noblowskimi” obowiązkami (między innymi pisaniem pamiętnego przemówienia), dlatego też zaproponował tygodnikowi opublikowanie swego bardzo osobistego, dotąd zupełnie nieznanego tekstu, który napisał cztery lata wcześniej na prośbę redaktorów biuletynu klubowego Racing Universitaire d’Algers, czyli swojego macierzystego klubu.

Tekst ten zawiera kilka bardzo ciekawych przemyśleń na temat futbolu, często quasi-filozoficznych. Wymienić tu można choćby trafne spostrzeżenie, którego prawdziwość potwierdzi chyba każdy, kto miał okazję uczestniczyć zarówno w grze w piłkę, jak i w grze społecznych pozorów: „Szybko nauczyłem się, że piłka nigdy nie trafia do ciebie z tej strony, z której się jej spodziewasz. Ta wiedza przydała mi się potem w życiu, zwłaszcza we Francji, gdzie ludzie najczęściej nie są tacy za jakich się podają”. Co więcej, ten uznany za jednego z największych moralistów XX wieku pisarz, w zakończeniu swego tekstu wyraża dość zaskakującą dla wielu opinię, że całą swoją wiedzę na temat fundamentów moralności zawdzięcza właśnie futbolowi. Z drugiej strony, chyba tylko laureat literackiego Nobla mógł sobie pozwolić na to, aby w eseju o tematyce sportowej zawrzeć historię o włochatym facecie, którego niegdyś znał, o jego pokracznej partnerce oraz o losach ich wspólnego pływania. Są to wątki kompletnie z tematem niezwiązane, wplecione w tekst prawdopodobnie ze względu na to, że autor — jak wiemy — miał bardzo silne poczucie absurdalności wszelkich życiowych sytuacji. Zanim jednak opublikujemy pierwsze polskie tłumaczenie wspomnianego tekstu (obok znajduje się zdjęcie oryginału), pozwolę sobie najpierw na kilka słów wprowadzającego komentarza, poświęconego futbolowym fascynacjom Camusa.

Wątki futbolowe przewijają się w jego twórczości dosyć często. Na przykład w swojej ostatniej (nieukończonej) i w dużej mierze autobiograficznej powieści pt. Pierwszy człowiek opisuje swą młodzieńczą przygodę z futbolem. Camus zapowiadał się na naprawdę dobrego piłkarza (co potwierdzają sprawozdania z meczów, w których brał udział), niestety, okoliczności zupełnie mu nie sprzyjały; moustique (czyli: komar) — jak nazywali go koledzy z drużyny — musiał zakończyć swoją karierę bardzo szybko, bo jeszcze w wieku juniorskim, po zaledwie dwóch latach gier w drużynie R.U.A. (1928-30). Powodem była gruźlica. Ale i we wcześniejszych latach młody Camus miał ciągle pod górkę, jeśli chodzi o rozwijanie piłkarskiego talentu, choć — musimy to przyznać — przez długi czas uparty był syzyfowo. Opiekująca się jego rodziną apodyktyczna babka po prostu zabraniała mu gry, nie raz stosując bolesne kary fizyczne wobec niepokornego młodego piłkarza. Głównym problemem były buty, które od kopania piłki ulegały dość szybkiemu zniszczeniu. A na zakup nowej pary uboga rodzina Camusa nie mogła sobie pozwolić (brakowało w niej ojca, który zginął pod Verdun). Dlatego też babka wpadła na osobliwy pomysł wbijania w podeszwy butów Alberta gwoździ, których ewentualne stępienie zdradzało, że zostały tego dnia użyte w niecnych futbolowych celach. Właśnie z tego względu Camus, potajemnie przed babką, grywał jako bramkarz, na której to pozycji nie trzeba tak dużo biegać.

Problem pojawiał się również wówczas, kiedy chłopak chciał się wybrać jako kibic na mecz drużyny seniorskiej (która nieco później — w 1934, 1935 i 1939 roku – była zarówno mistrzem całej algierskiej ligi, jak też wygrywała puchary międzynarodowe), nigdy właściwie nie mając pieniędzy na bilet. Pozostawało albo spróbować wcisnąć się na stadion przez dziurę w płocie, albo jakimś fortelem zdobyć pieniądze od babki, na przykład kłamiąc, że fundusze na domowe zakupy zaprzepaściło się w… klozecie. Albert nie przewidział jednak, że celem odzyskania dwufrankowej monety jego ciemiężycielka jest gotowa dokładnie przeszukać zawartość pełnego kału zbiornika i nazwać go potem perfidnym kłamcą. Zarówno widok umorusanej w kale babki, próbującej ratować tę ważną dla budżetu domowego sumę, jak i poczucie moralnej porażki sprawiły, że torsje, które go wówczas opanowały, zapamiętał do końca swych dni.

Historie sportowo-futbolowe pojawiają się również w Dżumie i Upadku. W pierwszej z tych powieści futbol jest metaforą aktualnej kondycji społeczeństwa. Tęsknota Gonzaleza za rozgrywaniem meczów („zapachem oliwy do masażu w szatniach, trybunami huczącymi od oklasków, koszulkami w żywych kolorach na płowym boisku”) oraz stadion piłkarski jako miejsce internowania to dwa wątki, które uwydatniają dobrze znaną z historii prawdę, że wstrzymanie rozgrywek piłkarskich wiąże się najczęściej z różnego rodzaju kataklizmami, jakie spadają na społeczeństwa. Ponadto — już w lżejszej tonacji — futbol staje się tu też tematem rozmów, potrafiącym zintegrować ludzi nawet lepiej niż alkohol (rozmowa Ramberta z Gonzalezem), z czym zapewne wielu z nas się zgodzi.

W Upadku zaś piłka nożna, obok teatru, zostaje uznana za ostatni azyl autentycznych postaw, dziedzinę nieskażoną hipokryzją interesownych zachowań, przejawianych przez nas na co dzień wobec innych. Wynika to zdaniem Camusa z tego, że zarówno futbol, jak i teatr opierają się na regułach jedynie dla zabawy branych na poważnie. Nie pojawia się w nich więc kontekst wielkich, szlachetnych i arcyważnych spraw i postaw, których społeczny majestat sprawia, że wciąż udajemy lepszych, niż faktycznie jesteśmy. Maskarada teatru i proste reguły sportu chronią przed tym skutecznie. Warto wszakże pamiętać o wyznaczonej przez Camusa hierarchii; kiedy jeden z przyjaciół zapytał go, przecież zdolnego dramaturga, czy woli teatr, czy futbol, pisarz miał bez chwili wahania odpowiedzieć: „Futbol, rzecz jasna”. A zatem, Panowie, jeśli wybieramy w sobotnie wieczory raczej stadion zamiast teatru, to nie musimy się już tego dłużej wstydzić, w zanadrzu mamy bowiem zawsze „argument z Camusa”.

Zgodnie z zapowiedzią, już niebawem na zglowki.pl pojawi się pierwszy polski przekład tekstu Camusa pt. Ce que je dois au football, który został opublikowany 17 grudnia 1957 roku w tygodniku „France Football”.

Jurek

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Jurek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s