Widzew w Lidze Mistrzów (część 3)

Poniższy tekst w całości ukazał się w ostatnim, jubileuszowym numerze „Kroniki Miasta Łodzi“, poświęconym najważniejszym wydarzeniom w mieście w ramach ostatniego dwudziestolecia. Jego pierwsza część do przeczytania tutaj, a druga tutaj.

źródło: http://www.widzew.pl

Potyczki w fazie grupowej Ligi Mistrzów

W wyniku losowania Widzew trafił do grupy B, która niewątpliwie była jedną z najsilniejszych w tej edycji Champions League. Łodzian czekały bowiem starcia z najlepszą – jak się potem okazało – drużyną Europy, czyli mistrzem Niemiec Borussią Dortmund, oraz mistrzem Hiszpanii Atletico Madryt, który pozostawił w pokonanym polu takie potęgi jak Real Madryt i FC Barcelona. Stawkę uzupełniał utytułowany mistrz Rumunii, Steaua Bukareszt, czyli pierwszy klub z Europy Wschodniej, który kilka lat wcześniej zdobył Puchar Europy, a potem grał w jego finale.

Pierwszy mecz to wyprawa do Dortmundu, na robiący ogromne wrażenie, dopiero co powiększony Westfalenstadion. Spotkanie to odbyło się w obecności czterdziestu tysięcy widzów, w tym ponad tysiąca fanów z Polski, którzy zajęli miejsca za jedną z bramek. Oprócz aspektu czysto piłkarskiego, mecz ten miał też pewien podtekst polityczny. Tydzień wcześniej odbyło się bowiem w Zabrzu towarzyskie spotkanie reprezentacji Polski i Niemiec, podczas którego niemieccy kibice spalili polską flagę, oraz wielokrotnie wszczynali awantury. Sprawa ta odbiła się szerokim echem w polskich i niemieckich mediach. Oficjalne przeprosiny wystosował po tych wydarzeniach szef niemieckiej dyplomacji Klaus Kinkel. W związku z tym pojawiły się też obawy, jak będą wyglądały relacje pomiędzy Polakami i Niemcami w Dortmundzie. Jak się okazało, fani Borussii wywiesili transparent, na którym widniał napis przepraszający za zachowanie ich rodaków sprzed tygodnia, a zarówno na stadionie, jak i na mieście panowała dość przyjazna atmosfera. Fakt ten został odnotowany nawet przez ówczesnego prezydenta Polski, Aleksandra Kwaśniewskiego.

Jeśli chodzi o wydarzenia boiskowe, to wbrew oczekiwaniom wszystkich pierwsza połowa stała pod znakiem niewielkiej przewagi łodzian. Takie gwiazdy Borussii, jak Sammer, Moller, Kohler, czy Chappuisat, z początku wyraźnie zlekceważyły widzewiaków. Łodzianie nie potrafili jednak wykorzystać tej przewagi. Na dodatek w ostatniej minucie pierwszej części spotkania w bardzo nieszczęśliwy sposób stracili gola, na którego Borussia w tym fragmencie spotkania z pewnością nie zasługiwała. Po przerwie mistrzowie Niemiec zaatakowali już z o wiele większym impetem w wyniku czego w 68 minucie po kolejnym nieszczęśliwym zagraniu Michalskiego swoją drugą bramkę zdobył Herrlich. W 83 minucie strzałem zza pola karnego kontaktowego gola zdobył Citko. Kolejny raz zafundowało nam to ekscytującą końcówkę meczu, w której Widzew zdołał zepchnąć Borussię do dość rozpaczliwej obrony. W ostatnich sekundach trener Ottmar Hitzfeld ratował się przeprowadzeniem taktycznej zmiany, która dała jego zespołowi odrobinę wytchnienia. Wydaje się, że gdyby mecz potrwał kilka minut dłużej, widzewiacy zdołaliby wyrównać. Choć tym razem nie udało się, to mistrz Polski pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Do tego stopnia, że nazajutrz w polskiej prasie sportowej pojawił się nawet tekst zatytułowany: „W Łodzi ich zmiażdżymy!”

Na pierwszy mecz Ligi Mistrzów przyjechała do tejże Łodzi drużyna Atletico Madryt. Tego wieczoru, tak jak każdego kolejnego gdy miasto gościło te elitarne rozgrywki, obficie padał deszcz, co przy kompletnym braku zadaszenia psuło komfort oglądania spotkań. Niemniej jednak na stadionie zjawił się komplet widzów, dwadzieścia kilka tysięcy. Piętnaście minut przed rozpoczęciem meczu wydawało się, że stadion jest już właściwie pełen. Tymczasem przed bramami stał jeszcze tłum ludzi oczekujących na wejście. Specyfika ówczesnego stadionu Widzewa polegała jednak na tym, że znajdujące się na nim jeszcze w tym czasie ławki, oraz zlokalizowane za bramkami miejsca stojące, pozwalały na to, aby w razie potrzeby „upchnąć” na trybunach pokaźną, dodatkową ilość widzów. Dość powiedzieć, że późniejsze zainstalowanie krzesełek pomniejszyło oficjalną pojemność stadionu o ponad połowę.

Jeśli chodzi o aspekt sportowy spotkania, to głównym problemem drużyny Widzewa była tego wieczoru absencja kapitana zespołu, niewątpliwie najlepszego wówczas obrońcy w Polsce, Tomasza Łapińskiego. Niestety widzewiacy odczuli to bardzo boleśnie, popełniając w obronie dużo prostych błędów. W 25 minucie na prawej stronie boiska Aguilera ograł Michalczuka, podał na środek pola karnego, gdzie zwykle asekurował kolegów nieobecny Łapiński. Zupełnie niepilnowany Pantic lekkim strzałem zdobył pierwszą bramkę. Siedem minut później nastąpiło kolejne dośrodkowanie i ponownie zupełnie nie pokryty gracz Atletico – tym razem słynny reprezentant Argentyny Diego Simeone – podwyższył na 0:2. Pomimo wyraźniej przewagi mistrza Hiszpanii w ostatniej minucie pierwszej połowy wydarzyło się coś, co dało sympatykom Widzewa nadzieję na odmianę sytuacji. Bramkarz Maciej Szczęsny wyrzucił piłkę na 30 metr do cofniętego na swoją połowę Marka Citki. Ten najpierw wygrał pojedynek z pilnującym go obrońcą, przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów, po czym zauważył, że mający tendencję do ryzykownego grania daleko na swoim przedpolu bramkarz Molina ponownie stoi kilkanaście metrów od swojej bramki. Citko uderzył z odległości ponad 40 metrów i skutecznie przelobował Molinę, zdobywając prawdopodobnie najpiękniejszego polskiego gola w europejskich pucharach. W przypływie niesamowitej radości wielu kibiców wylądowało wtedy w widzewskim błocie. Jedyne określenie, jakie narzuca się do opisu tej specyficznej sytuacji, to… piłkarski Woodstock. Wtedy też chyba na dobre wybuchł w Polsce fenomen socjologiczny zwany „Citkomanią”. Każdy młody chłopak chciał grać tak jak Marek Citko, a każda nastolatka czytała o nim w młodzieżowych pismach. Doszło nawet do tak niezręcznej sytuacji, że plebiscyt TVP na najpopularniejszego sportowca Polski wygrał właśnie Citko, pozostawiając w pokonanym polu wielu złotych medalistów olimpijskich z Atlanty. Na początku drugiej połowy chcący odrobić straty widzewiacy stworzyli sobie kilka sytuacji bramkowych, byli jednak nieskuteczni. Niedługo potem, po kolejnych błędach obrońców Simeone i Kiko zdobyli gole, które pozbawiły łodzian wszelkich złudzeń. Z pozytywów tego spotkania możemy wymienić jedynie bramkę Citki, która przeszła do historii, oraz pomeczowe słowa trenera rywali Radomira Anticia, który oczarowany dopingiem łódzkiej publiczności stwierdził, że Widzew i Łódź z pewnością zasługują na Ligę Mistrzów.

W następnych dwóch kolejkach widzewiaków czekał dwumecz ze Steauą Bukareszt. Pierwsze spotkanie odbyło się w stolicy Rumunii, gdzie łodzianie zagrali bez pięciu podstawowych graczy. Eksperymentalne zestawienie składu sprawiło, że jedynym co mogło podobać się w grze Widzewa w tym meczu były indywidualne zrywy i popisy niektórych zawodników, w szczególności rajdy Szymkowiaka i Michalskiego, oraz parady Szczęsnego. Do 84 minuty wydawało się, że mistrzowie Polski mimo wszystko zdołają wywalczyć remis. Jednak właśnie wtedy na skutek biernej postawy Wojtali Łapiński musiał ratować się wślizgiem w polu karnym, wybijając w ostatniej chwili piłkę spod nóg zawodnika Steauy. Zrobił to jednak tak nieszczęśliwie, że piłka trafiła w Bogusza, który nie zdążył zareagować i zdobył gola samobójczego. 9 tysięcy kibiców Steauy świętowało minimalne zwycięstwo. Dwa tygodnie później w Łodzi, w obecności 8 tysięcy widzów, doszło do rewanżu. Powrócili rekonwalescenci i Widzew wreszcie mógł zagrać w pełnowartościowym składzie, co od razu przełożyło się zarówno na lepszą grę, jak i wynik. Po wcześniejszym zmarnowaniu kilku dobrych okazji, w 40 minucie swojego gola wreszcie zdobywa Majak. Zaraz po przerwie jedną z najpiękniejszych bramek w tej edycji Ligi Mistrzów, soczystym strzałem z ponad 18 metrów, strzela Czerwiec. Pada również trzecia bramka, zdobyta przez Marka Citkę, ale jeden z nieodpowiedzialnych kibiców wrzuca wtedy na boisko drugą piłkę. Choć zupełnie nie przeszkadzała ona Rumunom w grze, to jednak skutecznie wymusili na arbitrze anulowanie gola. Tak, czy inaczej, Widzew zrewanżował się z nawiązką za nieszczęśliwą porażkę w Bukareszcie.

Aby liczyć na awans do pucharowej fazy rozgrywek widzewiacy musieliby teraz wygrać wszystkie swoje kolejne mecze i liczyć na korzystny układ spotkań rywali. Okazało się jednak, że 20 listopada 1996 roku odbyło się ostatnie jak dotąd spotkanie Ligi Mistrzów w Polsce. Dodajmy, że był to bardzo dobry mecz, zarówno w wykonaniu widzewiaków, jak i gości z Dortmundu. Co ciekawe, po raz pierwszy w tej edycji Champions League zawitała wówczas do Łodzi duża (około 300 osobowa) zorganizowana grupa kibiców przyjezdnych. Jeżeli chodzi o fanów wcześniejszych rywali, to na Piłsudskiego pojawiła się jedynie niewielka grupka wspierająca Atletico i jeszcze mniejsza, niemalże niewidoczna, ilość gości z Bukaresztu. Wcześniej, tyle że miało to jeszcze miejsce w rundzie wstępnej rozgrywek, nie zawiedli jedynie fani Broendby, przybywając w kilkaset osób. Rozśpiewani, jak też ubrani w klubowe szaliki i koszulki kibice Borussii niewątpliwie dodali kolorytu wydarzeniom na stadionie, tradycyjnie podczas występów Widzewa w Lidze Mistrzów skąpanym wtedy w deszczu.

18 tysięcy przybyłych widzów oglądało bardzo zacięty mecz, w którym najpierw w 14 minucie na prowadzenie wyszli Niemcy, by utracić je już po niecałej minucie. Na bramkę Lamberta błyskawicznie, pięknym strzałem głową, odpowiedział Dembiński. Pięć minut później ten sam Dembiński wyprowadził już Widzew na prowadzenie. Technicznym strzałem przelobował zarówno obrońców Borussii, jak i będącego wtedy poza polem karnym bramkarza Klosa. W 65 minucie sędzia nie zauważył faulu ikony niemieckiej piłki, Juergena Kohlera, na Majaku. Niemiec zdobył wówczas wyrównującą bramkę, ustalając wynik spotkania na 2:2. Po tym remisie stawką ostatniego meczu Widzewa w Lidze Mistrzów był już tylko prestiż i wypłacane przez UEFA za każdy zdobyty w tych rozgrywkach punkt pieniądze. Nie było już natomiast żadnych szans na awans do dalszej fazy gier. Łodzianie żegnali się z elitą wyjazdowym meczem w Madrycie, gdzie podejmowała ich już pewna wówczas awansu (obok Borussii) drużyna Atletico. W obecności 30 tysięcy widzów, w tym 130 kibiców Widzewa, łodzianie rozegrali podobny mecz jak w Bukareszcie. Stworzyli sobie kilka bardzo groźnych sytuacji, byli jednak nieskuteczni. W 83 minucie fenomenalnie wykonujący stałe fragmenty gry Pantic najpierw pozwolił się sfaulować przed polem karnym, a następnie zamienił rzut wolny na gola. Jeszcze w samej końcówce sytuacji sam na sam z bramkarzem nie wykorzystał Michalski i w ten sposób mistrzowie Polski zakończyli swoją przygodę w Lidze Mistrzów.

Widzew zajął trzecie miejsce w grupie, zdobywając w sześciu meczach cztery punkty. W ostatecznym rozrachunku potentaci z Hiszpanii i Niemiec okazali się poza zasięgiem, choć czasem na boisku decydowały o tym naprawdę małe szczegóły. Głównym problemem łódzkiego zespołu była, jak się wydaje, zbyt krótka ławka rezerwowych, a niekiedy także po prostu brak szczęścia, które wcześniej – w drodze do Ligi Mistrzów – sprzyjało jakby w nadmiarze. Ostatecznie bilans wyszedł tutaj na zero. Wielkie kluby i wielkie gwiazdy, które odwiedziły wtedy Łódź, na długo pozostaną w pamięci obserwatorów tamtych zmagań. Pozostaje mieć nadzieję, że przyjdzie nam kiedyś raz jeszcze przeżyć taką przygodę.

Jurek

Reklamy

1 komentarz

Filed under Jurek

One response to “Widzew w Lidze Mistrzów (część 3)

  1. Gdyby dawny Widzew wrócił 🙂
    Szkoda, że za mojego życia nie widziałem jeszcze RTS-u w UEFA Champions League lub Europa League. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s