Widzew w Lidze Mistrzów (część 1)

Poniższy tekst w całości ukazał się w ostatnim, jubileuszowym numerze Kroniki Miasta Łodzi, poświęconym najważniejszym wydarzeniom w mieście w ramach ostatniego dwudziestolecia. Autor dziękuje redakcji za możliwość udostępnienia jego części w dniu 22 maja, w którym to miał miejsce słynny mecz Widzewa z Legią Warszawa.
fot. Adam Jurek
(zdjęcie ze zbiorów własnych, pochodzące z późniejszych  aniżeli opisywane wydarzenia wyjazdów do Warszawy)

Jest styczeń 2012 roku. Autobus linii „85” podjeżdża na róg ul. Niciarnianej i al. Piłsudskiego w Łodzi. Wysiadam. Idę wzdłuż charakterystycznych pawilonów handlowych przy szerokim deptaku, mijam niedawno zamknięty kultowy bar „u Cygana” przy Tunelowej, wreszcie podchodzę do małej stróżówki. – Pan do kogo? – Do nikogo, po wspomnienia, można trochę posiedzieć? – No można… byle nie za długo. I tak, w ten mroźny dzień i w tej panującej wokoło ciszy przechadzam się po obiekcie, który bywał jednym z najbardziej gorących i najbardziej głośnych miejsc w Europie. Przynajmniej na te dwie godziny… tuż przed, tuż po, oraz w trakcie potyczek lokalnej drużyny piłkarskiej. Jesteśmy przy al. Piłsudskiego 138, na stadionie Widzewa Łódź im. Ludwika Sobolewskiego.

Wystarczy się tutaj tylko trochę rozejrzeć, aby stwierdzić, że stadion ten zalicza się obecnie do grona najbardziej przestarzałych w polskiej ekstraklasie. Trybuny oparte są na nasypach, a gdy spojrzymy na największą z nich, zauważymy dość kuriozalne wybrzuszenie, tak jakby z biegiem czasu ziemia po prostu się osunęła. Zadaszenie trybuny „krytej” jest dziwnie małe i wygląda na zwyczajnie niedokończone. Na pozostałych trybunach brakuje nawet betonowej wylewki, co skutkuje brodzeniem w błocie po opadach deszczu. Nie dostrzeżemy też żadnych nowoczesnych pomieszczeń i punktów gastronomicznych. Po prawej stronie widać stary zegar i ogromny płot oddzielający dwie trybuny. Wystarczy zresztą tylko obrócić głowę aby takich wysokich płotów odnaleźć co najmniej kilka. Jest oczywiste, że od dawna się tu już nie inwestuje. Najwyraźniej ktoś doszedł do słusznego wniosku, że w dobie nowoczesnych obiektów nie warto przebudowywać tak starej konstrukcji, lepiej ją zburzyć i postawić od podstaw zupełnie nowy obiekt.

Mimo to, na dzień dzisiejszy jest to wciąż ostatnia polska arena, która gościła rozgrywki najlepszej ligi świata w najbardziej popularnym na tym świecie sporcie, czyli elitarną Champions League. Miało to miejsce w 1996 roku i dziś już wiemy, jak trudno jest ten wyczyn powtórzyć. Z myślą o turnieju Euro 2012 powstały w Polsce nowoczesne, ogromne stadiony piłkarskie, w związku z tym znacząco urosły też budżety klubów. Mimo to przez ostatnie 16 lat żaden z nich nie poszedł w ślady klubu z Łodzi. Póki co pozostają nam więc jedynie wspomnienia…

Krajowe eliminacje do elity, czyli mistrzostwo Polski w sezonie 1995/1996

Zanim jednak klub z Łodzi znalazł się w szesnastce najlepszych drużyn w Europie, musiał najpierw pokazać swoją wyższość nad wszystkimi krajowymi rywalami. 1996 był jeszcze rokiem rozgrywek Champions League sensu stricte, oznacza to, że o występy w tym elitarnym gronie mogła ubiegać się tylko jedna, najlepsza drużyna z danego kraju. Na mistrzostwo Polski czekano w Łodzi od 1982 roku, kiedy to po raz ostatni wywalczył je, zbudowany przez Ludwika Sobolewskiego, „pierwszy” wielki Widzew. Po czasach kryzysu i spadku z pierwszej ligi (w sezonie 1989/1990), nie żyjący już dziś prezes postanowił zainicjować budowę „drugiego” wielkiego Widzewa. W związku z zupełnie nową rzeczywistością gospodarczą namówił on do zainwestowania w klub łódzkich biznesmenów. Stworzono pierwszą w Polsce sportową spółkę akcyjną, która z sezonu na sezon sukcesywnie budowała coraz silniejszą drużynę. Głównym rywalem łodzian była w tym czasie Legia Warszawa, mistrz Polski z 1994 i 1995 roku. Kluby te poziomem tak bardzo odstawały od reszty stawki, że wydawało się, iż należą do zupełnie innej ligi, analogicznie jak to ma miejsce w przypadku FC Barcelony i Realu Madryt w Hiszpanii. Za symbol tej przewagi można uznać wyjazdowe zwycięstwo Widzewa z Lechią/Olimpią w Gdańsku, w stosunku 1:7. Jako że pozostałe drużyny zostały wyprzedzone w tabeli o kilkadziesiąt punktów, to oczywistym było, że o tytule mistrza Polski zadecydują bezpośrednie starcia potentatów.

W pierwszym meczu, w Łodzi, na niemal przepełnionym widownią stadionie padł remis 1:1. Bramkę dla Legii zdobył Wieszczycki, wychowanek Łódzkiego Klubu Sportowego, jak zwykle bardzo zmotywowany podczas starć z rywalem zza miedzy. W 34 minucie wyrównał Rafał Siadaczka. Na cztery kolejki przed końcem sezonu doszło do rewanżu w Warszawie, zwycięzca meczu w praktyce zostawał mistrzem kraju. Dwoma wypełnionymi do granic możliwości pociągami wyruszyło do stolicy ponad 3,5 tysiąca kibiców Widzewa, co jak na tamte czasy było wynikiem imponującym i stanowiło największą wyprawę widzewiaków w dotychczasowej historii. Cała piłkarska Polska czekała na ten mecz, a media poświęcały większość czasu na relacjonowanie wydarzeń z nim związanych. Dość powiedzieć, że materiał z tego spotkania otwierał główne wydanie Wiadomości TVP, a na równolegle rozgrywany mecz Lecha w Poznaniu przybyło rekordowe po dziś dzień… 150 osób, reszta tej najczęściej dość licznie wspierającej swój klub publiczności wybrała w tym czasie transmisję meczu z Warszawy. W przedmeczowych wywiadach legioniści byli pewni swego. Wśród kompletu fanatycznej publiczności, w lożach vipowskich dopingowało ich wielu warszawskich celebrytów, a nawet sam prezydent Rzeczypospolitej.

54 minuta i… znowu Wieszczycki, strzela niesamowitym wolejem po dośrodkowaniu Pisza z rzutu różnego, nie do obrony. Stadion eksplodował, a wielu sympatykom Widzewa stanęło przed oczyma widmo kolejnej w ostatnim czasie porażki w stolicy. Tym boleśniejszej, że zarówno stawka, jak i nadzieje były tym razem ogromne. Okazało się jednak, że to właśnie w tym momencie na dobre narodził się „drugi” wielki Widzew. Kierowana przez charyzmatycznego trenera Franciszka Smudę drużyna przypomniała wówczas wszystkim o najbardziej chlubnej klubowej tradycji, znanej jako „widzewski charakter”. W 66 minucie po indywidualnej akcji Tomasza Łapińskiego bramkarza Legii pokonuje Marek Koniarek, najlepszy strzelec łódzkiej jedenastki, zaś w 82 bramkę na wagę kolejnego dla Łodzi mistrzostwa Polski zdobywa chłopak z Chojen, Piotr Szarpak. Nie sposób opisać szału radości, jaki zapanował wówczas w sektorach kibiców Widzewa. Zaznaczmy jedynie, że do dziś wielu z obecnych na tym meczu fanów wspomina ten moment jako jedną z najradośniejszych chwil w swoim życiu.

Jurek

Drugą część tekstu czytaj tutaj.

Advertisements

2 komentarze

Filed under Jurek

2 responses to “Widzew w Lidze Mistrzów (część 1)

  1. Pingback: Widzew w Lidze Mistrzów (część 2) | zglowki

  2. Pingback: Widzew w Lidze Mistrzów (część 3) | zglowki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s