Oto wielka tajemnica futbolu…

Nie ma piękniejszej gry nad futbol. I nie ma gry bardziej przewrotnej, paradoksalnej, nieodgadnionej.

W zakończonym już nieomal sezonie było bez liku momentów, którymi dałoby się podżyrować to twierdzenie. Czy byłoby bowiem wielką przesadą powiedzieć, że w historii nowożytnego futbolu (epoki piłkarskie biegną szybciutko, więc cezurą, łatwą do podważenia, jest tu dla mnie data powstania Premier League — 20 lutego 1992 roku) nie było roku równie fascynującego, obfitującego w nagłe zwroty akcji i bliską chaosowi nieprzewidywalność? (Teza, którą zapewne również łatwo obalić, ale po takiej końcówce ligi angielskiej, Ligi Mistrzów, a nawet ligi polskiej, łatwo o egzaltację). Sobotni finał jedynie dopełnił miary, był ostatnim akordem tej przedniej urody futbolowej symfonii, choć w ciągu tych miesięcy częściej wybrzmiewała ona Webernowską dodekafonią niż skończoną czystością muzyki Bacha.

Bayern zrobił bardzo dużo, żeby finał Ligi Mistrzów wygrać. Ale jeszcze więcej, aby go przegrać. Rzucił się na Chelsea, przyparł ją do pola karnego i przez niemal całe dwie godziny gry starał się ostatecznie wymusić na zespole di Matteo, by porzucił nadzieje na korzystny rezultat. Bezskutecznie. Chelsea, jak było do przewidzenia, zaklinowała przeciwnika na własnej połowie, związała go w niezliczoną ilość pojedynków, a kiedy i to nie pomogło, odwołała się do swego największego herosa — Didiera Drogby. Drużyna ze Stamford Bridge wygrała ten tytuł bardziej siłą woli niż atrybutami czysto piłkarskimi, bo zarówno w półfinale z Barceloną, jak i w ostatnim Meczu mogło się wydawać, że nie zasługiwała na zwycięstwo. Tyle że zasługi w futbolu są trudne do zmierzenia i naprawdę trudno z całkowitym przekonaniem twierdzić, że barcelońska sardana (kataloński taniec, jak dla mnie symbol gry Barcelony ery Guardioli, w którym tancerze, chodząc w koło, trzymają się za ręce) jest warta więcej niż wślizgi i bloki Ashleya Cole’a czy Cahilla.

O przebiegu samego finału pisano już tu i ówdzie, więc zbyt rozwlekle powtarzać to, co wszyscy widzieli, nie ma specjalnego sensu. Ale ponieważ okazja jest wprost doskonała, w związku z sobotnim Meczem warto skoncentrować się na innym aspekcie futbolu, zwykle łączonym przez „prawdziwych kibiców” z pogardliwym wydęciem ust — komercjalizacji dyscypliny. Zwłaszcza że ironiści, przeciwnicy tak zwanego modern football, z jego szmirowatą otoczką, paradą sponsorów i blichtrem świecidełek przed, a zwłaszcza po Meczu, najwyraźniej dają się ogłupić widokiem tej fasady na tyle mocno, by głośno wyrażać przekonanie, że rozgrywki w rodzaju Ligi Mistrzów coraz bardziej upodabniają się do jakiegoś Tygodnia Mody w Paryżu czy Mediolanie, a sami zawodnicy nie różnią się już właściwie niczym — poza posturą — od wdzięczących się na wybiegach anorektyczek.

Trudno jednak o lepszy przykład na to, jak bardzo mylą się zwolennicy podobnego poglądu, niż sobotnia batalia na Allianz Arena. Tym Meczem — a poniekąd i całym sezonem — futbol po raz kolejny obronił się przed próbami zrobienia z niego czystej rozrywki dla rozleniwionych europejskim dobrobytem, otępiałych reklamami i zasadniczo bezmyślnych mas. Kiedy rozbrzmiewa pierwszy gwizdek, cała ta irytująca otoczka, całe to kolorowe dziadostwo reklam i złego smaku zostaje z miejsca unieważnione. Pozostaje tylko to, co w futbolu najważniejsze: zwarcie talentu, siły, determinacji, pragnienia, a nade wszystko zderzenie człowieka z przypadkiem. Mecz — jak dzieło sztuki — powołuje do życia własną rzeczywistość, samoistną, rządzącą się swoimi wewnętrznymi prawami. Ikony piłki ostatniej dekady — Beckham, Ronaldinho, Cristino Ronaldo, a nawet Messi — poza boiskiem mogą być sobie produktami, nie mniej sztucznymi niż Ken i Barbie, ale futbolowy cud polega właśnie na tym, że z piłką przy nodze unicestwiają własne wizerunki i odradzają się co tydzień na nowo. Ci milionerzy w krótkich gaciach, tak często żenujący poza stadionem, rozbestwieni podziwem lub po prostu oszałamiający głupotą, w czasie Meczu przeistaczają się na naszych oczach — są jak zastęp cholernych Achillesów, współczesnych półbogów z głęboko skrywanymi słabościami. I to jest wielka tajemnica futbolu — metamorfoza, dzięki której futbol nadal jest tą samą grą, co pięćdziesiąt i sto lat temu; grą autentyzmu, emocji, pasji, poświęcenia, szaleństwa, pięknych tryumfów i jeszcze piękniejszych dramatów. Dopóki nic się pod tym względem nie zmieni, nic mu nie grozi. Nie mylił się zatem kolega Jurek, twierdząc, że „90 minut to nie wszystko”. Nie mylił się, głównie dlatego, że czasami zdarzają się jeszcze dogrywki i karne…

źródło: sport.gadu-gadu.pl

Na koniec zaś pytanie — czy Drogba powinien odejść z Chelsea właśnie teraz, gdy wszem i wobec udowodnił, jak jest tej drużynie niezbędny? Choćby ze względów na swoje upodobanie do dobrze skonstruowanych narracji — uważam, że tak. Drugiego takiego sezonu nie będzie, drugi raz siłą woli nie pociągnie swego zespołu tak wysoko, drugi raz futbolowy los nie będzie mu sprzyjał do tego stopnia (pamiętajmy o tych niewykorzystanych przez przeciwników karnych, które sprokurował). Czy nie byłoby zatem pięknie, gdyby zwieńczeniem jego niezwykłej przygody z Chelsea było ostatnie, najważniejsze kopnięcie w jego życiu?

Krzymianowski

PS. Cholera, jak bardzo będzie brakowało Tottenhamu w przyszłorocznej edycji Champions League. Ale o tym już innym razem…

Reklamy

4 Komentarze

Filed under Krzymianowski

4 responses to “Oto wielka tajemnica futbolu…

  1. 3pm

    przez tych miliarderów w krótkich gaciach, sponsorowanych gołowąsów nierzadko, którzy być może raz na tydzień otrzepują się z brokatu futbol umiera. bo tylko oni dostają przyzwolenie na ten autentyzm. ale co się dziwić, wynikowe wybryki w futbolu zdarzają się sporadycznie, można odnieść wrażenie, że są kontrolowane. są też plusy, sopcats z ulubioną drużyną w weekend (o ile nie gramy z FCB, RM, United, CFC, ACMilan etc.) to w porównaniu z kluchami komentatorów prawdziwy miód na uszy.

    • Ale dlaczego futbol miałby umierać akurat przez tych, którzy osiągnęli w nim wyżyny? Bo płaci się im za dużo? Czy aktor, który dostaje 20 mln dol. za film, traci przez to swoje aktorskie walory? Natomiast jeśli chodzi o tę rzekomą monotonię – przecież dawno nie było sezonu, w którym te „wynikowe wybryki” zdarzałyby się tak nagminnie. Chyba nie trzeba przypominać o tym, że np. obie drużyny z Manchesteru odpadły w fazie grupowej LM, a o finale Barcelona-Real trąbiono od losowanie 1/8 finału. Że do finału nie doczłapał FC Basel? I czy seryjnie kolekcjonowane Pucharu Europy w nieco bardziej zamierzchłej przeszłości przez takie firmy, jak Real, Bayern czy Milan nie było czasem bardziej nużące niż obecne rozgrywki LM?
      Jedyną rzeczą, którą naprawdę niepokoi mnie we współczesnym futbolu, to fakt, do jakiego stopnia sędziowie maja skłonność do mylenia się na korzyść faworytów albo tych, którzy wyglądają „lepiej” marketingowo. Tyle że, niestety, to nie wynalazek współczesny – sędziowie mają tę nieprzyjemną przypadłość „od zawsze” – wystarczy wspomnieć o tym, w jakich okolicznościach Anglia zdobyła swój jedyny tytuł mistrza świata (i nie chodzi wyłącznie o słynnego gola-niegola Hursta w finale z RFN).

  2. 3pm

    z główek raczej powinno być, bo co dwie głowy piszą to nie jedna … patrzę na blog z czystej sympatii, co więcej trzymam kciuki, przez myśl mi nie przeszło, że ktokolwiek spamuje, ja czy zglowki.pl tym bardziej. no i na koniec, po 2. w kolejności komentarzu pomyślałem (zgodziłem się z autorem), że rzeczywiście ten sezon jest szklanką zimnej wody, orzeźwia. więc wieczornego wpisu nie rozumiem, może zbyt późno już było i gorąco.

    z wiarą patrzę na montpellier, kibicuję też chłopakom z bilbao i co oczywiste z dortmundu. pieniądze w futbolu nie grają, coraz częściej przeszkadzają i powoduję frustrację inwestorów. co biznes to biznes, prawda? i mało kto ma taką cierpliwość jak abramowicz, rozpieszczający swoje gwiazdy, które co ciekawe nigdy nie miały z nim bezpośredniej styczności, i co miesiąc przelewający kolosalną kasę coraz to nowym pomysłom trenerskim.

    żeby poprawności było nad to, drogba pewnie i odejdzie, a na piłkarską emeryturę ześle go sam roman, któremu pewnie nie będzie się śpieszyć z nowym kontraktem dla konia pociągowego cfc. coż, przy stamford brigde racjonalność nie jest w cenie …

    ukłony!

    • 3pm
      Komentarz wieczorny skierowany był do innego użytkownika, ale w międzyczasie się zwinął (i użytkownik, i jego komentarz), więc i nasza odpowiedź zdążyła już zniknąć. A za wyrazy sympatii i sensowne komentarze oczywiście dziękujemy – to one współbudują tę stronę.
      Co do roli pieniędzy w futbolu – naprawdę pocieszające jest to, że nie gwarantują one natychmiastowych sukcesów, a niekiedy nawet – jak widać było po nieco histerycznych ruchach Abramowicza – mogą przeszkadzać. Choć bez nich chyba się już nie da – pytanie tylko, czy kiedykolwiek się dało.
      Ciekawy felieton na ten temat popełnił Rafał Stec, warto do niego zajrzeć: http://www.sport.pl/sportGW/1,91756,11763619,Felietony_Rafala_Steca__Im_biedniej__tym_lepiej__glupcze.html

      Drogba zasłużył sobie na takie pożegnanie, jakie stało się udziałem Inzaghiego w Milanie. Szkoda, że prawdopodobnie zabraknie go w Chelsea w przyszłym sezonie, ale może właśnie dzięki temu uniknie losu tego ostatniego – gwiazdy blaknącej na ławce rezerwowych.

      Kłaniam się i zapraszam na przyszłość.
      g.k.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s