Impossible is nothing

Wprawdzie główne danie ostatniego weekendu (danie zresztą nad wyraz schrzanione — opinię tę dzielę z moim ulubionym znawcą Premier League — przez jednego z głównych kucharzy) zostało zaserwowane nam na niedzielną kolację, nie znaczy to jednak, że wcześniej nie zdołałem spędzić horrendalnej ilości czasu na obserwowaniu chaosu, w który z wolna zmieniają się rozgrywki Premier League. Charakterystyczną cechą tego sezonu jest bowiem nieprzewidywalność; jakiekolwiek wysiłki mające na celu wyobrażenie sobie, co stanie się za tydzień, mają mniej więcej taką samą skuteczność, co wróżby z wnętrzności jakiegoś okazyjnie złapanego barana tudzież innego eksperta. Niezależnie od tego, w które miejsce tabeli byśmy nie spojrzeli, nieomal wszędzie władzę dzierży niestabilność. Choć zatem angielskie drużyny z pewnością prezentowały już w przeszłości wyższy poziom (pucharowa klapa to chyba nie przypadek, ale nie sądzę też, by zwiastowała nadejście ery Wielkiej Smuty), to bieżące rozgrywki rekompensują nam felery poszczególnych ekip niebywałymi atrakcjami. I jak tu się zgodzić z twierdzeniem świętego Augustyna, że zło jest brakiem dobra, skoro właśnie dzięki upadkom największych i wzlotom maluczkich zawdzięczamy tyle niepowtarzalnych emocji?

Powtórzmy — niestabilność i nieprzewidywalność poszczególnych drużyn to główny atut tego sezonu. No bo czy tak trudno sobie wyobrazić, że City wygrywają wszystkie pozostałe mecze? Zważywszy na personalia i ofensywny potencjał, godny „Szczurów Pustyni”, angielskiej dywizji pancernej, która miała w zwyczaju robić sieczkę z przeciwnika, nie trzeba w tym celu zanadto eksploatować fantazji — wystarczyło zobaczyć demonstrację siły, jaką urządzili sobie na boisku Norwich. (Nawiasem mówiąc, obecność Teveza w kadrze City to najbardziej demoralizujący powrót tego sezonu, nie tylko w Premier League, ale nawet biorąc pod uwagę, jak wysoko poprzeczkę pod tym względem zawiesił nasz krajan Patryk Małecki). Ale czy nie równie łatwo wyobrazić sobie scenariusz odwrotny? Że w szatni Manciniego znów nastąpi jakieś tąpnięcie, obrazi się kolejny chorobliwy egotyk, innemu z kolei coś wybuchnie albo po prostu strzeli do łba i The Citizens ponownie wylądują w specjalnie wydzielonej strefie piekła, zarezerwowanej dla „hałaśliwych sąsiadów”.

Podobnie rzecz ma się z United, które przed meczem z Wigan  mogło już zacząć mościć się na mistrzowskim tronie, by na koniec sezonu przybrać stosownie wyniosła pozę, zupełnie właściwą dla dwudziestokrotnego tryumfatora ligi. Po meczu z Aston Villą, lekkim, łatwym, przyjemnym i naznaczonym niestety kolejnym kontrowersyjnym karnym podyktowanym dla drużyny Fergusona (Ashley Young wystrzelił w powietrze, jakby napotkał na swojej drodze nie tyle odnóże przeciwnika, co minę przeciwpiechotną), nietrudno o podobną konstatację. Ale przecież zaledwie kilka dni wcześniej, gdy Wigan stanęło przeciw nim jak skała, Rooney z kumplami rozbili sobie o nią główki, nie ma więc żadnej pewności, że przynajmniej jeszcze raz takie przykre zderzenie z nieprzewidywalną rzeczywistością Premier League się im nie zdarzy. A przecież City tylko czeka na sposobność, by 30 kwietnia o 21.00 rzucić się United do gardła i zagryźć ich mistrzowskie aspiracje.

Skoro już wspomniałem o Wigan. Czy oni aby na pewno rozpaczliwie bronią się przed spadkiem? To, co chłopaki Martineza wyrabiają w trzech ostatnich spotkaniach (uwaga, uwaga — Chelsea, ManU, Arsenal), wydaje się zbyt niewiarygodne, by mogło być prawdziwe, i teoretycznie wyklucza możliwość, że po siedmiu sezonach osuną się z powrotem w otchłań Championship. Ale przecież to nadal tylko 5 punktów, które dzielą ich od tej przepaści.

W tym sezonie niemal wszystko jest więc jeszcze możliwe. Trudno wyobrazić mi sobie tylko kilka rzeczy — w tym, niestety, odrodzenie wyeksploatowanego fizycznie i wydrenowanego mentalnie Tottenhamu, a także cudu w Blackburn i w Wolverhampton. Ci ostatni, choć w położeniu dramatycznym, jeszcze zdradzają oznaki futbolowego życia, nie tyle zresztą fatalnymi wynikami, co rozczarowaniem, któremu dają wyraz po kolejnych niepowodzeniach. Samym rozczarowaniem się oczywiście nie utrzymają, ale chociaż nie pogodzili się jeszcze z losem. Za to piłkarze Blackburn mają twarze skażone porażką, nawet nie udają, że jeszcze w siebie wierzą — tragiczna w skutkach przegrana z grającym w dziesiątkę Liverpoolem i bezdyskusyjne 0:3 ze Swansea nie pozwalają zresztą na jakąkolwiek wiarę. Ma chyba tego świadomość Steve Kean, który przez cały sezon zachowywał godną szacunku — zwłaszcza wobec tego, jak traktowali go fani zespołu — wstrzemięźliwość. Bardzo żałuję, że to zadanie z gatunku mission imposible (przypomnijcie sobie Państwo przedsezonowe rokowania, a przede wszystkim rzućcie okiem na kadrę, jaką dysponuje ten szkoleniowiec; jeden Hoillet, wspomagany czasem przez Yakubu, to jednak za mało jak na standardy tej ligi) zakończy się całkiem niehollywodzką klapą. A przecież na początku tego roku Kean kilkakrotnie się nawet uśmiechnął.

A Koguty? Zostało im wydzieranie punktów siłą woli i talentów, bo paliwa już chyba nie starczy…

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Krzymianowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s