Absmak albo krótki kurs krótkowzroczności

Po takich meczach człowiek ma ochotę się naburmuszyć i obrazić na zły świat. Po takich meczach można jedynie wnosić reklamacje do niebios czy innej kafkowskiej instancji, której głównym celem istnienia wydaje się zaświadczanie, że w życiu nie ma co liczyć na sprawiedliwość (czy ja aby na pewno uważałem, że piłka bywa sprawiedliwa?).

Anglicy na określenie tego, co wydarzyło się w 49 minucie, ukuli zgrabne określenie – ghost goal. Martin Atkinson przyznał się do błędu i nawet przeprosił Redknappa za szaleństwa swej imaginacji (bo trzeba było nie lada wyobraźni, by zobaczyć piłkę w bramce po strzale Maty). Ale co z tego?

źródło: http://www.mirrorfootball.co.uk

Również John Terry nie upierał się, że piłka przekroczyła linię bramkową; w każdym razie nie upierał się już po meczu, bo akurat tuż po golu na 2:0 aktywnie pilnował, by interwencje rywali u arbitra nie odniosły żadnego skutku. Czy mam o to do niego pretensje? Bez przesady. Co najwyżej o tyle, o ile roją mi się gesty fair-play, które mogą powstać jedynie w głowie idealisty, i to pewnie tylko z tej przyczyny, że sympatyzuję z Tottenhamem (nie jest przecież powiedziane, że cała ta tyrada by powstała, gdyby Atkinson zechciał pomylić się tak w drugą stronę). Dyspozycja tego ostatniego z pewnością nie jest ostatnio wyższa od formy drużyny z White Hart Lane – tydzień temu pozwolił Balotelliemu sprawdzać do woli wytrzymałość piszczeli zawodników Arsenalu, wczoraj – poza tym sędziowskim nieszczęściem z początku drugiej połowy – przeoczył taki drobiazg, jak chamskie kopnięcie Parkera przez Obi Mikela, zresztą już po 90. minucie spotkania.

Zasadniczo uważam, że nie ma czego zazdrościć arbitrom, zwłaszcza w rozgrywkach o takim stopniu intensywności jak w Anglii. Tempo gry, konieczność podejmowania decyzji w ułamku sekundy i pod nieustającą presją zarówno piłkarzy, jak i jeszcze bardziej skłonnych do ślepoty kibiców, a także nie mniej pewnie istotna świadomość sędziego, że widzi on mniej niż wygodnie zainstalowany przed telewizorem widz, na pewno nie pomagają w podejmowaniu słusznych decyzji. W tym konkretnym wypadku trudno byłoby winić nawet asystenta, bo w panującym w polu bramkowym tłoku nie miał prawa zobaczyć, co dzieje się z piłką. Czy jednak naprawdę co tydzień trzeba od nowa zastanawiać się, skąd ten barani upór futbolowych włodarzy przed ułatwieniem życia sędziom? (Mam na ten temat lekko spiskową teorię, ale jej publiczne przedstawienie pozostawiam sobie na inną okazję).

Chelsea wygrała więcej niż przekonująco – przez większość czasu Koguty piały dość cieniutko i bez ikry, a ekipa The Blues dominowała i wydawała się po prostu lepsza. Tyle że jej zasługi i tak niczego tu nie zmienią – z tego półfinału Pucharu Anglii zapamiętamy nie świetną grę finalisty, ale niesmak spowodowany jedną decyzją Martina Atkinsona.

Warto jednak dodać, że zanim doszło do sędziowskiego nieszczęścia, Tottenham zdążył udowodnić, że nie bez przyczyny należy mu się w tym sezonie tytuł mistrza podbramkowych klopsów. Czy da się bowiem wymienić spektakularnie zaprzepaszczone okazje na bramkę w kluczowych meczach sezonu? W doliczonym czasie gry rewanżu z City, przy wyniku 2:2, imponujące pudło zaliczył Defoe; w drugim meczu z United, w ostatniej akcji przed przerwą, gdy było jeszcze 0:0, Adebayor zatrzymał na linii bramkowej uderzenie Sahy; a i to, jak piłkarze Redknappa potrafili nie strzelić gola w ostatnim meczy z Chelsea na Stamford Bridge, pozostanie ich słodką tajemnicą. Wczoraj zaś van der Vaart, oczywiście przy 0:0, zrobił wiele, by jego zespół nie wyszedł na prowadzenie, z pięciu metrów trafiając głową we wspomnianego powyżej Terry’ego. Gdy zaraz potem piłka po wrzutko-strzale Holendra trafiła nie do siatki, a w słupek bramki bronionej przez Petra Czecha, czarne wróżby na najbliższą przyszłość były już w pełni uzasadnione. Spełniły się nawet szybciej, niż można się było spodziewać, za sprawą bardzo dobrego wczoraj Drogby, a trochę również dzięki lekko śniętemu Gallasowi (gdy dodać do tego zadziwiającą w ostatnim czasie skłonność Kinga do błędów, można spokojnie założyć, że sezon ten, zważywszy na jego przebieg, będzie dla zwolenników Tottenhamu naprawdę gorzką pigułą do przełknięcia).

Gdzie zatem po wczorajszym wieczorze powinien szukać pocieszenia kibic Tottenhamu? Oczywiście w samej piłce nożnej. Szczęśliwie jej naturą jest bowiem tymczasowość, chwilowość wszystkiego, co się w niej dzieje, wielka ucieczka w przód. Przychodzą następne mecze, które jakoś przesłaniają nawet największe katastrofy. Chociaż z punktu widzenia kibica Tottenhamu, biorąc pod uwagę dyspozycję całego zespołu, a zwłaszcza formacji defensywnej, trzeba niejakiej brawury, by szukać pokrzepienia w niedalekiej przyszłości…

Krzymianowski

Advertisements

Dodaj komentarz

Filed under Krzymianowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s