Futbol w czasach postmoderny (część 2)

Pierwsza część tekstu naszego redakcyjnego ontologa Adama Jurka do przeczytania tutaj.

fot. Rafał Betlejewski, źródło: http://www.tesknie.com

Jak jest obecnie?

Przez długie lata sport pozostawał na silnym, ale niepiętnowanym zbytnio dopingu ideologii. Niewątpliwie wzmacniało to jego atrakcyjność. Mecz piłkarski był bowiem nie tylko starciem dwóch jedenastek, ale niemalże dwóch fizycznych kultur stojących za danymi klasami społecznymi, narodami czy też innymi, wyselekcjonowanymi w pewien sposób grupami. Jednak po tym, jak totalitaryzmy dwudziestego wieku pokazały destrukcyjną moc wszelkich idei bazujących na wyraźnych podziałach społecznych i wykluczaniu „innych”, najpierw kultura duchowa, a potem fizyczna zaczęły stopniowo odchodzić od takiego sposobu myślenia. Zapewne nie nastąpił jeszcze pod tym względem zupełny — jak by tego chciał Francis Fukuyama — koniec historii, który miałby wynikać z niedawnego upadku wspomnianych totalitaryzmów, oraz lekcji, jaką z nich wyniesiono. Bardzo prawdopodobne, że czekają nas — prognozowane tym razem przez Huntigtona — zderzenia cywilizacji, wynikające z ich fundamentalnie różnych wartości. Wydaje się jednak, że w obrębie samej cywilizacji zachodniej, mozolnie budowanej na szczytnych ideałach równości i tolerancji, taki koniec faktycznie jest już dość bliski. Co więcej, wiele wskazuje też na to, że pod wieloma względami piłka nożna wyprzedziła tutaj nawet politykę.

Historyczne nazwy klubów nie mówią nam już dzisiaj właściwie nic o ich społecznym i ideologicznym zapleczu. Znaczenia, które kryły się za skrótami RTS, KKS czy WKS, stały się nieaktualne. Ani Lech nie jest klubem kolejowym, ani Śląsk wojskowym, ani Widzew robotniczym. Choć jakiś czas temu włodarze klubów z Poznania i Łodzi zarejestrowali w sądach instytucje o nazwach „KKS Lech” i „RTS Widzew”, to jednak literki poprzedzające właściwe nazwy tych klubów nie mają już teraz żadnego znaczenia. Formalnie nie są one skrótami, zostały dodane jedynie jako wspomnienie historii. Co więcej, polskie kluby nie uznają też już żadnych pozasportowych kryteriów przyjmowania członków, czy to zawodników, czy to skatalogowanych przy pomocy identyfikatorów kibiców. Przy czym symptomatyczne jest, że identyfikatory te, wprowadzone początkowo ze względów bezpieczeństwa, stały się dziś właściwie kartami klienta, co wie chyba każdy bywalec stadionu, który regularnie otrzymuje pocztą reklamowe oferty klubu i jego sponsorów.

Również pojawiające się czasami na stadionach wyzwiska wobec niektórych klubów jako „żydowskich” czy też „niemieckich”, nie mają już dziś właściwie żadnych podstaw. Można by ironicznie rzec, że fenomen ten wpisuje się w głośną kilka lat temu akcję Tęsknię za Tobą, Żydzie (więcej na jej temat zobacz na www.tesknie.com).

Pod płaszczykiem obelgi kryje się tu bowiem tęsknota za realną różnorodnością oraz rywalizacją podszytą czymś więcej niż same tylko zmagania sportowe. Stadionowe chuligaństwo, zresztą coraz słabsze (żeby nie powiedzieć zanikające), to dziś — podobnie jak same mecze — rywalizacja o charakterze czysto sportowym. Ścierają się wówczas w walce dwie grupy, ta bardziej sprawna fizycznie wygrywa, ale za tym zwycięstwem nie kryje się nic więcej. Nie jest to sytuacja, w której robotnicy biliby mieszczan, Polacy Niemców czy też opozycjoniści zwolenników reżimu. Biją się członkowie regionalnych fight clubów, mężczyźni mający ochotę na trochę pozasystemowej rywalizacji. Co paradoksalne, ci sami ludzie, którzy podczas rozgrywek ligowych często na siłę wymyślają sobie wroga, podczas meczy międzypaństwowych, kiedy to „innego”, „wrogiego” można by zdefiniować i obrazić o wiele łatwiej, przyjmują postawę niemalże kosmopolityczną. Od kilku lat na meczach reprezentacji Polski hymny przyjezdnych reprezentacji nagradzane są wręcz brawami, a wizyty zagranicznych klubów stanowią dla miejscowych raczej okazję do wymiany kontaktów i doświadczeń aniżeli do wymiany ciosów. Dowodzi to bezideowości tzw. polskiego chuligaństwa stadionowego. Jest ono zresztą obecnie uwikłane bardziej w brudne interesy związane z handlem narkotykami i rabunkami niż w piłkę nożną. Nic dziwnego, że grupy te funkcjonują już właściwie wyłącznie poza stadionami, czy to na umawianych walkach, czy to w ramach zorganizowanej przestępczości, której celem jest wyłącznie pieniądz.

Z drugiej strony, rosnące wciąż ceny biletów sprawiają, że futbol przeżywany z perspektywy stadionu staje się rozrywką coraz bardziej kosztowną, zarezerwowaną dziś dla klasy (co najmniej) średniej. Jest to grupa ludzi zadowolonych ze swojego statusu społecznego, na pewno nie pragnąca żadnych poważnych konfliktów, które mogłyby naruszyć status quo. A jacy zwolennicy, takie ich kluby. Skoro dla dzisiejszych kibiców liczy się przede wszystkim rozrywka, której dostarcza odpowiedni poziom sportowy zawodów, to kluby i związki sportowe wychodzą temu naprzeciw. Wprowadzenie tzw. praw Bosmana i Webstera sprawiło, że bogate kluby mogą niemalże bez ograniczeń importować graczy zagranicznych, gwarantujących odpowiednią jakość widowiska sportowego. Jak wiemy, przed „erą Bosmana” dopuszczalne było posiadanie w klubie maksymalnie trzech takich zawodników. Sprawiało to, że mecz mistrza Polski z — na przykład — mistrzem Niemiec był w dużej mierze starciem całych systemów szkolenia i poziomów kultury fizycznej dwóch narodów.

Kluby musiały też niegdyś w o wiele większym stopniu dbać o wprowadzanie do kadry zespołów swoich wychowanków, rynek dostępnych graczy był bowiem mocno ograniczony. Dziś, aby przekonać się o wspomnianej różnicy w rozwoju kultury fizycznej, jaka zachodzi na przykład pomiędzy mieszkańcami Śląska a mieszkańcami stolicy, należałoby prześledzić raczej zmagania na poziomie juniorskim, a nie seniorskim. W klubach praktycznie nie grają wychowankowie. Przeglądając składy drużyn, można odnieść wrażenie, że śledzi się raczej mistrzostwa Bałkanów czy też Brazylii, a nie Polski. Dość powiedzieć, że w sezonie 2011/12, w rundzie wiosennej, w kadrach 16 zespołów polskiej ekstraklasy było stu czterdziestu obcokrajowców, w tym w kadrze mistrza Polski, Wisły Kraków, szesnastu. Futbol stał się zatem nie tyle polem rywalizacji regionów, czy też społeczności, co raczej starciem klubowych ekonomistów i marketingowców. Kto ma wyższy budżet, ten wygrywa. Niemalże oficjalnym usankcjonowaniem takiej sytuacji są przyjęte reguły procesów licencyjnych w polskiej ekstraklasie. Miejsce w lidze, podobnie jak w przypadku amerykańskiej NBA, można dziś po prostu kupić, nie przejmując się nawet koniecznością awansu sportowego. I tak, Lech Poznań gra na licencji Amiki Wronki, Polonia Warszawa Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, Motor Lublin Spartakusa Szarowola, a Zawisza Bydgoszcz grał na licencji Kujawiaka Włocławek. Jeszcze kilkanaście lat temu proceder ten nie był tak oczywisty i łatwy w realizacji, co pokazały kłopoty takich sztucznych tworów, jak Lechia/Olimpia Gdańsk i Sokół Tychy. Obecnie ani Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej, ani — co gorsza — kibicom wielu klubów zupełnie to już nie przeszkadza.

To zatracenie przez kluby ich wyrazistych tradycji i różnic pozwala postawić tezę, iż w przypadku futbolu faktycznie mamy już do czynienia ze swoistym końcem historii, o ile oczywiście pojmujemy ją jako coś więcej aniżeli statystyki czystej rywalizacji sportowej. Zresztą piłka nożna wyprzedziła tu politykę pod jeszcze jednym względem. Jak pokazują przypadki ostatnich kilku lat, przybyszowi z Nigerii, czy nawet jakiegokolwiek innego kraju europejskiego, o wiele łatwiej jest zostać obywatelem Polski wówczas, gdy jest on wyróżniającym się piłkarzem.

fot. AFP

Emanuelowi Olisadebe, Rogerowi Guereiro czy Damianowi Perquisowi przyznano obywatelstwo dużo szybciej, aniżeli mogą na to liczyć inni obywatele krajów, z których piłkarze ci pochodzą. Nic to, że panowie nie są nawet w stanie otworzyć ust podczas odgrywania hymnu… W XXI wieku liczy się już tylko rozrywka, a nie XIX-wieczne zasady. Sytuacja ta jest symbolem całego zjawiska, które określiłem tu jako futbolowy postmodernizm. Nawiązując natomiast do słów autora motta „Z główki”, Petera Sloterdijka, możemy stwierdzić, że Europa wybudowała sobie swoisty Kryształowy Pałac Futbolu. Jak słusznie pisze ów autor: „po wzniesieniu Kryształowego Pałacu może nastać tylko `krystalizacja` ogółu stosunków (…) Krystalizacja oznacza zadanie normatywnego upowszechnienia nudy i zapobieżenia ponownemu wdarciu się `historii` do posthistorycznego świata”.

Jurek

Reklamy

3 Komentarze

Filed under Jurek

3 responses to “Futbol w czasach postmoderny (część 2)

  1. Pingback: Futbol w czasach postmoderny (część 1) | zglowki

  2. Pingback: 90 minut to nie wszystko | zglowki

  3. "k"

    Od „Stadionowe chuligaństwo…” do „…której celem jest wyłącznie pieniądz” tragedia. Patrzeć na polskich kibiców przez pryzmat tych, którzy chodzą na mecze reprezentacji to ktoś tutaj odjechał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s