To dziwne, ale piłka bywa sprawiedliwa…

Rozpoczynać komentowanie dowolnych rozgrywek, kiedy wychodzą one na ostatnią prostą, wydaje się zabiegiem nieco pozbawionym sensu. Ale jeśli powzięło się ambicję, aby o piłce pisać, to nie sposób zignorować tego, że ostatni tydzień przyniósł pod dostatkiem dowodów, że najwspanialsza liga świata gra na Wyspach Brytyjskich.

Jak zresztą nie pisać po tym, co działo się w niedzielę na Emirates Stadium? Po takich meczach ma się ochotę rzec: piękny i dobry jest futbol, a tym, którzy tego nie pojmują, należy głęboko współczuć, bo są ubodzy duchem. Po takich meczach świat wydaje się jakoś lepiej ułożony; sprawiedliwość, mimo przeciwności losu, tryumfuje, a zło — pod postacią niejakiego Mario Balotelliego — zostaje w końcu (choć o 70 minut za późno) ukarane i znika z pokornie pochyloną głową w stadionowym tunelu.

No bo zobaczcie Państwo, przed jaką próbą postawił los Arsenal; drużyna Wengera grała prawdopodobnie najlepsze spotkanie w sezonie (na pewno zaś grała najlepiej w pierwszych i ostatnich 20 minutach), trio Arteta–Rosický–Benayoun po prostu zbiło środek pola City w kulkę trwogi, a mimo to brakowało naprawdę niewiele, by po raz kolejny piłka okazała swoje paskudne oblicze. Kiedy van Persie trafiał najpierw w stojącego na linii bramkowej Vermaelena, później w słupek, a jeszcze później do bramki, tyle że ze spalonego, kiedy sędzia Martin Atkinson jakby nigdy nic pozwalał Balotelliemu na kolejne próby urwania kolejnym rywalom nogi (wrodzony fatalizm — i wspomnienie meczu z Tottenhamem, gdy Włoch usiłował pozbawić głowy Parkera — kazał mi wierzyć, że ten piłkarski bandyta przechyli szalę zwycięstwa na rzecz City), kiedy wreszcie w 75 min. trzech zawodników Arsenalu wspólnie zaliczyło pudło weekendu, byłem przekonany, że futbolowi bogowie znowu zrobią to, co lubią najbardziej, czyli zadrwią z nas sobie okrutnie. A jednak musieli chyba przysnąć w 84 min., kiedy Arteta przypomniał sobie, jak grał onegdaj w Evertonie, i — wedle celnej metafory komentatora z Canal+ — „wbił gwóźdź do trumny mistrzowskich aspiracji Machesteru City”.

A propos Arsenalu — zmartwychwstanie to najlepsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy, na określenie tego, co dzieje się z tą drużyną, i to nie tylko dlatego, że mecz odbył się w Wielką Niedzielę. Najpierw wydawało się, że zespół Wengera ledwo zipie, później, że po prostu zdechł, a jego zawodnicy snują się potępieńczo po angielskich murawach za karę, jakby zostali przeniesieni tam wprost z jakiejś gotyckiej powieści o cierpiących za dawne grzechy duchach. Teorię tę uwiarygodniała dodatkowo mina managera kanonierów, zmartwiała ze grozy na widok rzeszy potępieńców, którą miał pod swoją pieczą. I nagle stał się cud — Arsenal odżył, w jego grze ponownie widać płynność, pasję i absolutne przekonanie co do własnych możliwości. Zespół zadziwia świeżością i — nie wzdrygajmy się przed lekką przesadą po takim meczu — entuzjazmem. Podobnie rzecz ma się z takim Rosickým — toż był z niego już piłkarski trup, a od kilku tygodni piłka wprost do niego lgnie, on sam natomiast znowu przypomina swymi zagraniami, że kiedyś był liczony do czołowych rozgrywających Europy.

To, że w jednym przypadku piłka okazała się sprawiedliwa, nie zweryfikuje oczywiście mojego głębokiego przekonania, że zwykle bywa jednak wręcz przeciwnie. Boleśnie przekonali się o tym choćby piłkarze Wigan. Z Chelsea grali znakomicie i ponieśli porażkę raczej z sędziami niż przeciwnikiem. Bo nawet jeśli o golu Ivanovicia na 1:0 nie warto w ogóle wspominać (gdzie, do cholery, są telewizyjne powtórki dla sędziów? — chciałoby się spytać po raz kolejny), to nie jestem wcale pewien (nie widziałem niestety żadnego przekonującego ujęcia), czy aby przy bramce na 2:1 w 90 min., kiedy Torres przypomniał sobie (ostatnio zresztą zdarza się to coraz częściej), że jest jednak fenomenalnym zawodnikiem, Mata nie był na spalonym. Jako kibic Tottenhamu — i zwolennik Roberta Martineza — mam uzasadnione wątpliwości…

O ile sobotni remis mógł kibica kogutów lekko zaniepokoić, ale chyba niespecjalnie zaskoczyć, to już 1:2 z Norwich to zupełna katastrofa. Drużyna Sunderlandu jest okropnie niewygodnym przeciwnikiem i strata punktów właściwie nie dziwi, nawet abstrahując od kolejnych kontrowersyjnych decyzji sędziego (to nie był dla nich dobry tydzień, o czym wiedzą też piłkarze QPR), który uparł się nie zauważać kolejnych zagrań rękami w polu karnym. Tottenham wyraźnie stracił impet i choć dzielnie zniósł bitwę, którą przeciwnik wydał mu w środku pola, choć oblegał chwilami pole karne rywala z podziwu godną monotonią, to trudno jest od pewnego czasu opędzić się od wrażenia, że poczynania Bale’a, Adebayora, a nawet Modricia są o ułamek sekundy wolniejsze, niż miało to miejsce jeszcze całkiem niedawno, i że wskutek tego obrońcy zawsze zdążą postawić zasieki, w których zaplątują się kolejne natarcia drużyny z White Hart Lane. Mimo to wydawało się, że Norwich zostanie skonsumowane na deser, tymczasem nie sposób byłoby stwierdzić, że grający bez konceptu i polotu gospodarze nie zasłużyli na porażkę.

Patrząc na męki Tottenhamu w ostatnich tygodniach, trudno nie czuć nostalgii za pierwszą połową sezonu, kiedy ta sama drużyna tratowała rywali jak stado rozpędzonych byków, a zarazem nie snuć refleksji, że sezon w lidze angielskiej jest zbyt wyczerpujący, by grać go siedemnastoma piłkarzami, nawet jeśli jakimś cudem unikają oni cięższych urazów. Harry Redknapp nie ma jednak, delikatnie mówiąc, przesadnej skłonności do rotowania składem, a kiedy już się na to zdecyduje, jak w poniedziałek, nieograni zmiennicy spisują się równie kiepsko jak zmęczeni piłkarze pierwszego planu. Prześladuje mnie przykra myśl, że nie był to ostatni mecz w tym sezonie, w którym Tottenham zawiódł, mimo że przecież — teoretycznie — ma naprawdę korzystny terminarz. Biorąc jednak pod uwagę, że Newcastle, po zadyszce zaakcentowanej lutową klęską właśnie z Tottenhamem, wydaje się ponownie nabierać rozpędu, a i Chelsea poczuła krew (choć jej męki nie są wcale mniejsze niż drużyny kogutów), czwarte miejsce, jeszcze tak niedawno całkowicie bezpieczne, wydaje się przyczółkiem raju, którego wątlejący w oczach zastęp Redknappa nie zdoła już długo utrzymać.

 Krzymianowski

Reklamy

2 komentarze

Filed under Krzymianowski

2 responses to “To dziwne, ale piłka bywa sprawiedliwa…

  1. Tomasz

    Miło poczytać takie teksty. Okazuje się jednak, że są ludzie, którzy potrafią napisać składnie i z sensem. Działy sportowe gazety i onetu mogą się zacząć bać.

    • Po namyśle autor tekstu uznał, że bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym zniesie nawet bardziej nieumiarkowane komplementy, dlatego zamierza kontynuować tę linię w przyszłości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s