Inteligent w piekle futbolu

Drodzy Państwo, wyjaśnijmy sobie coś już na samym wstępie: inteligent — to brzmi durnie. Nie tylko dlatego, że ta formacja umysłowa, charakterystyczna dla XIX wieku, w kolejnym stuleciu przechodziła różne ewolucje i fazy, z ostatecznym rozpuszczeniem się w postnowoczesności włącznie, ale też z tego powodu, że nawet jeśli uznamy, iż jakieś szczątkowe formy tego bytu przetrwały także współcześnie, określenie wydaje się anachronicznie i nie na miejscu. Na potrzeby niniejszego tekstu przyjmijmy wszak, że twórcy „Z główki” tak czy inaczej do inteligencji się liczą, nawet jeśli niektórzy z nich bardziej na sposób Adasia Miauczyńskiego niż Leszka Kołakowskiego.

Koterski w Dniu świra detalicznie rozpisał inteligenckie bolączki i obsesje, ale pewnego czynnika nie wziął jednak pod uwagę — prawdopodobieństwa, że w miarę rozsądne indywiduum tydzień w tydzień może układać sobie sobotę i niedzielę pod transmisje weekendowych meczów. A nie trzeba chyba dodawać, że człowiek taki sam siebie wystawia wskutek tego na wyrafinowane katusze. Bo piłka nożna bezustannie konfrontuje nas ze swoimi ciemnymi stronami — zwodzi, zawodzi, rozczarowuje, sprawia ból, niszczy nam zdrowie, szarga nerwy, a do tego powoduje szereg innych niedogodności; to przez nią regularnie prześladują nas wymowne miny życiowych partnerek i ścigają dziecięce oskarżenia o zaniedbywanie rodzicielskich obowiązków, to ona powoduje, że skazani jesteśmy na wysłuchiwanie płaczliwych jeremiad matek na temat wystygłych zup i niedojedzonych kotletów.

Ale ze wszystkich razów, jakie zadaje nam futbol, najboleśniejsze są ciosy wymierzone w naszą miłość własną. Stokroć gorsza bowiem od wymienionych powyżej problemów jest świadomość, że dzielimy naszą osobliwą obsesję z całą rzeszą niepodważalnych jełopów, że przedkładając mecz ulubionej drużyny nad bardziej „ludzką” działalność, człowiek nie różni się od rzeczonych troglodytów tak bardzo, jak to lubi sobie roić w zakamarkach wysokiego mniemania na swój temat. Skoro bowiem tyle naprawdę inteligentnych osób nie tylko się piłką nie interesuje, ale nawet otwarcie nią pogardza, to my — interesujący się nieco chorobliwie — może wcale tak inteligentni nie jesteśmy. Dylemat ten powraca tym usilniej, im częściej zdarzy się nam zrezygnować z czytania książki, obejrzenia filmu, który właśnie zwyciężył w Cannes, czy nawet spotkania z przyjaciółmi na rzecz zajęcia niewiele mającego wspólnego ze zdrowiem psychicznym.

Co więcej, nasz wewnętrzny dramat pogłębia fakt, że i wśród tych, których podziwiamy, zdecydowana większość to nie byle jakie krętyniątka, a w najlepszym razie boże prostaczki o prostych facjatach i porównywalnie skomplikowanych przemyśleniach. Że artyści nie muszą być mądrzy, to wiadomo. Ale żeby mogli być aż imbecylami? Te książątka — co tam zresztą książątka, po prostu poczet pomniejszych bóstw, funkcjonujących na orbitach zbyt odległych dla zwykłych śmiertelników — schodzą do swych wyznawców co kilka dni, wysłuchują wywrzaskiwanych w ich kierunku modlitw, by następnie wycofać się do pilnie strzeżonych przed wiernymi zaświatów.

Nic zatem dziwnego, że rozmaite profesorki tudzież działaczki mają używanie na całego i uznają istnienie sportu ogólnie, a futbolu w szczególności za poręczny dowód na zakorzeniony w naszym świecie represyjny patriarchat i przejaw samczej dominacji, bez których ludzkość już dawno wylegiwałaby się na murawach Edenu. Zresztą, z pomocą ideolożek czy bez nich, wystarczająco często zżymamy się na siebie i trawi nas wstyd, a mimo to w ciągu tych cholernych 90 minut wyglądamy usilnie czegoś, co zazwyczaj — to bowiem dominująca cecha piłki nożnej — nie następuje. Czy można zatem bez ubytku na psyche złagodzić ów poznawczy dysonans?

Na szczęście — szczęście bardzo zresztą wątpliwe — również w futbolu od dobrych dwóch dekad zachodzi pewna wewnętrzna przemiana, która spowoduje, że już za chwileczkę, już za momencik piłka nożna na stałe awansuje do grona zupełnie nobliwych rozrywek dla wyższej klasy średniej. Transformacja ta nosi niepiękne miano komercjalizacji i u bardziej wrażliwych i sentymentalnych wywołuje odruch złorzeczenia. Czy nam się to wszakże podoba, czy nie (a inteligentowi się oczywiście nie podoba, bo krytyczny stosunek do rzeczywistości to jedna z cnót, którą powinien pielęgnować), żyjemy w czasach, w których najgłośniej przemawia kapitał, niezależnie od tego, gdzie biją jego źródła. Co więcej — mamona, byle tylko wystarczająco pokaźna, budzi stosowny szacunek. A czego jak czego, ale pieniędzy w dzisiejszej piłce nożnej nie brakuje. Jest więc bardzo prawdopodobne, że już wkrótce doczekamy momentu, gdy zainteresowanie futbolem stanie się jedną z głównych mieszczańskich rozrywek (jak był nią teatr w XIX wieku i kino w XX) i nawet inteligencja (pamiętajmy o jej stricte mieszczańskiej proweniencji) przestanie się krzywić na futbolowe igrzyska i wreszcie ulegnie ich czarowi. Co bowiem inteligenci by o sobie nie twierdzili, pieniądze robią na nich wrażenie — zwłaszcza że zwykle nie dysponują nimi w nadmiarze.

Krzymianowski

Advertisements

1 komentarz

Filed under Krzymianowski

One response to “Inteligent w piekle futbolu

  1. Pingback: Koko spoko, bądź idiotą | zglowki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s